Główna >>

RSS
Nie idźmy na tę wojnę! To nie nasza wojna!

 

Aelita

2012-03-16   kategorie: kultura

Projekcją tego niemego rosyjskiego filmu z 1924 roku, ze znakomitą elektroniczną muzyką na żywo skomponowaną i wykonywaną przez Marcina Pukaluka, zakończył się przed chwilą tegoroczny festiwal filmów rosyjskich "Sputnik" w Kinie Pod Baranami.

"Aelita" to przedziwny film. Przede wszystkim, biorąc pod uwagę całą niedoskonałość ówczesnej sztuki filmowej, nie spodziewałem się, że tak stary film może być tak dobry :). Film ma złożoną i wcale nietrywialną fabułę i często trudno przewidzieć, co stanie się za chwilę. To z drugiej strony również jego słabość, gdyż niektóre wątki i zwroty fabularne wprowadzane są zupełnie ni w pięć, ni w dziewięć, z gracją słonia w składzie porcelany, co wywołuje niezamierzone reakcje śmiechu na widowni. Ten mimowolny komizm (występujący również w niektórych scenach obrazujących realia życia w sowieckiej Rosji w 1921 roku, kiedy toczy się akcja filmu, no i przede wszystkim w kulminacyjnej, straszliwie propagandowej scenie rewolucji sowieckiej na Marsie ;)) sąsiaduje w filmie z komizmem zamierzonym, wyrażającym się choćby w postaci nieudacznika detektywa amatora Krawcowa, czy weterana wojennego Gusiewa, który nudzi się w życiu, ponieważ nie ma już bitew, w których mógłby walczyć ;). I zamierzone, i niezamierzone komiczne sceny wywołują taki sam szczery śmiech, co w sumie jest jednym z uroków tego filmu :).

Rewolucja sowiecka na Marsie? Tak, ponieważ film ten uznawany jest za pierwszy w historii film science-fiction - tytułowa Aelita to księżniczka władająca czerwoną planetą. Oczywiście tematyka fantastyczna pojawiała się w kinie już znacznie wcześniej - choćby sam Georges Melies, jeden z pionierów kina, już w 1902 roku nakręcił "Podróż na Księżyc" - ale to właśnie "Aelita" jest "oficjalnie" uznawana za narodziny gatunku s-f. "Aelita" to jednak nie tylko fantastyka. Sceny z Marsa stanowią stosunkowo niewielką część filmu, aczkolwiek scenografia i stroje w tych scenach, utrzymane w futurystycznym stylu, pełnym plastikowych i metalowych elementów, wytrzymują próbę czasu i dzisiaj nadal mogą się podobać. Większość akcji dzieje się jednak na Ziemi, i wypełnia ją mieszanka filmu obyczajowego, melodramatu, kryminału i komedii. Mamy tu zazdrosnych mężów, niewierne żony, przekręty sowieckiego urzędnika, zabójstwo i wspomnianego już nieudolnego detektywa-amatora. Przy tym film pokazuje w interesujący - z punktu widzenia współczesnego widza - sposób solidny kawałek życia w Rosji lat dwudziestych, a obok natrętnych momentami akcentów propagandowych (wspomniana rewolucja na Marsie) mamy sceny, które z zaskakującą nostalgią wspominają życie przedrewolucyjnych rosyjskich elit. Finałowe sekwencje skłonić też mogą widza do skądinąd znanych i nienowych - choć niekoniecznie w tamtym miejscu i czasie ;) - wniosków, że powodem wielkich wydarzeń historycznych, wojen, buntów, rewolucji (ale także podróży w kosmos ;)) zazwyczaj w istocie bywa namiętność mężczyzny do kobiety (lub kobiety do mężczyzny); a ludzie stający na czele rewolucji bardzo często robią to po to, aby zryw zbuntowanych wykorzystać do własnych celów i samemu przejąć władzę. I choć niektóre wątki - jak już wspomniałem - bywają wprowadzane do filmu nieudolnie, w sposób budzący śmiech, to film jako całość jest zaskakująco dobry. Paradoksalnie, to stare kino, nie ujęte jeszcze w ramy gatunkowych konwencji i szablonów, wydaje się być powiewem świeżości i nowości na tle zazwyczaj dość przewidywalnych i jednolitych gatunkowo filmów, jakimi jesteśmy zazwyczaj karmieni obecnie ;). Ogląda się je z zainteresowaniem i naprawdę warto się z nim zapoznać. Oczywiście najlepiej z muzyką Marcina Pukaluka, która robi naprawdę duże wrażenie... :)

komentarze (0) >>>