Główna >>

RSS

 

"Samsara" Rona Fricke

2012-10-19   kategorie: kultura Czysta Kraina

Gdyby osoby oglądające ten film dokładnie zrozumiały jego przesłanie, powinien on wywołać spory ferment w "tradycyjnie katolickiej" Polsce. Radiomaryjni katolicy powinni pikietować przed kinami, domagając się wycofania go z dystrybucji ;). Zapewne jednak tak się nie stanie, gdyż owi radiomaryjni katolicy zwykle przeoczają dzieła, które faktycznie skierowane są przeciwko religii, za to czują się głęboko obrażeni filmami, w których np. czarnym charakterem jest ksiądz. Nikt nie protestował przeciwko "Złotemu kompasowi", który przypuszcza wręcz frontalny atak na instytucję kościoła (fakt, że w wersji filmowej mocno złagodzony w stosunku do książki), za to co jakiś czas wciąż od nowa "obrywa" od "nawiedzonych" katolickich środowisk niewinny "Harry Potter".

Co ten wstęp ma wspólnego z najnowszym filmem Rona Frickego? Bardzo wiele. Otóż "Samsara" stawia dość odważną i jednoznaczną tezę. Tezę, której ja osobiście, mimo iż praktykuję buddyzm od przeszło dwudziestu lat i jestem głęboko przekonany o słuszności tej drogi, w tej formie bym się nie zdecydował postawić. Tezę, że jedynym sposobem, aby jakoś odnieść się do ogromu cierpienia i zamieszania, jaki występuje we współczesnym świecie, jakoś sobie z tym poradzić, jest właśnie droga Buddy. Zresztą - jakiej innej tezy można byłoby się spodziewać po filmie pod takim tytułem? :)

W jednej z początkowych scen filmu w położonym gdzieś w górach tybetańskim klasztorze mnisi pracowicie sypią z kolorowego piasku mandalę. Ujęcie kończy się zbliżeniem gotowej mandali - według tybetańskiej tradycji symbolicznej reprezentacji całego wszechświata. I w kolejnych ujęciach oglądamy ten świat. Widzimy przede wszystkim nieprzebrane masy ludzkie, które sfilmowane przyspieszoną techniką znaną z trylogii Qatsi wyglądają niczym mrówki rojące się w mrowisku. Masa pasażerów metra, masa więźniów tańczących układ taneczny, masa młodych Chińczyków ćwiczących kung-fu. Masa samochodów rozjeżdżających się w różne strony na ślimakach autostrad.

Widzimy jednakowo ubranych robotników z chińskich fabryk, składających telewizory i samochody. Samochody za chwilę zostaną sprasowane na złom w prasie, a telewizory rozkręcone na części, zaś elementy nie nadające się do powtórnego wykorzystania zmielone w ogromnej niszczarce i wyrzucone na wysypisko śmieci, na którym biedni ludzie grzebią w poszukiwaniu - właściwie nie wiadomo czego, bo nie widzimy, aby cokolwiek znajdywali.

W fabrykach produkuje się także żywność. Widzimy drób wyłapywany żywcem przez maszynę pakującą ptaki do skrzynek, w których są transportowane. Przemysłową hodowlę świń, w której maciora ma tylko tyle miejsca, że może jedynie leżeć na boku - nie może podnieść się i stanąć na nogi, aby prosięta cały czas mogły ssać mleko z jej sutków. Tusze zwierząt na taśmie produkcyjnej, oprawiane, rozkrawane i paczkowane na mięso, wyglądają zupełnie podobnie do sylwetek oprawiających je robotników. Masa zwierząt i masa ludzi. Masa klientów kupujących masę towarów w supermarkecie. Otyli ludzie zajadający się obiadem w fast-foodzie. Ta część filmu zdecydowanie nie jest przeznaczona dla ludzi o słabych nerwach... :)

W fabrykach produkuje się także broń. Widzimy broń, mnóstwo broni. Pozują z nią przed kamerą afrykańscy wojownicy i przeciętna biała amerykańska rodzina. Maszeruje chińska armia, sfilmowana tak, że wygląda jak poruszający się żywy mur z ludzi. Granice, mury, zasieki i uzbrojeni po zęby żołnierze sprawdzający dokumenty.

Tradycyjnie pojmowana religia w ujęciu Frickego jest także częścią samsary. Widzimy chrzest dzieci, sfilmowany i zmontowany tak, że też wygląda prawie jak taśma produkcyjna. Jedno za drugim dziecko jest trzymane nad chrzcielnicą i polewane wodą. Widzimy tłum muzułmanów okrążających Czarny Kamień w Mekce, wyglądający jak wspomniane już mrówki w mrowisku, w przyspieszonym tempie wirujący w jakimś szalonym wirze.

I powracamy do tybetańskiego klasztoru z początku filmu. Zgodnie z tradycją mandala, której ułożenie czasami zajmuje wiele tygodni, jest ceremonialnie niszczona, co symbolizuje nietrwałość wszystkich zjawisk. Mnisi niszczą misterny wzór i rozsypują kolorowy piasek, zbierając go do jednego naczynia, z którego potem zostanie on wysypany na wiatr. W zbliżeniu spoglądają na nas oczy posągu Buddy. I tylko piasek. I napisy.

Mistrzowsko wykonane zakończenie z dość oczywistym wnioskiem - ciekaw jestem tylko, na ile będzie on faktycznie zrozumiały wśród oglądającej ten film publiczności i czy spotka się z akceptacją.

Natomiast jedyne, co mi w tym filmie przeszkadzało, to muzyka - jest zbyt monotonna i bardzo często nie współgra z tym, co widzimy na ekranie. Tu ideałem pozostaje muzyka Philipa Glassa z "Koyaanisqatsi", gdzie każda niemal zmiana ujęcia, każdy ruch na ekranie miał swój dźwiękowy odpowiednik - i odwrotnie. I chciałoby się taką muzykę usłyszeć również przy tych obrazach. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego... To byłoby niebuddyjskie ;)

komentarze (6) >>>