Główna >>

RSS

 

Przed ŚDM...

2016-07-19   kategorie: prywatne społeczeństwo

Coraz bardziej zbliżają się Światowe Dni Młodzieży (w zasadzie dlaczego ta impreza się tak nazywa? Przecież nie jest adresowana do całej młodzieży, a tylko do tej jej części, która wyznaje religię katolicką, więc dlaczego nie nazywa się to Światowe Dni Młodzieży Katolickiej albo Światowe Dni Katolików?). Błonia zaczynają przypominać jakiś teren przemysłowo-wojskowy (wzniesione co kilkadziesiąt metrów kratownice, na których najprawdopodobniej mają się znaleźć telebimy i/lub nagłośnienie, ale póki co stoją puste i wyglądają jak dźwigi lub wieżyczki strażnicze, które to wrażenie potęguje jeszcze oświetlenie w nocy lampami rtęciowymi), Park Jordana został zasypany konfesjonałami, a na ulicach coraz więcej znaków pokazujących miejsca parkowania autokarów z pielgrzymami i trasy dojścia tychże pielgrzymów do obiektów ŚDM. Ludzie panikują, że miasto będzie sparaliżowane i nie da się nigdzie dojechać (podobno wczoraj - w związku z Tour de Pologne, przez które zamknięto wiele głównych ulic - też nie dało się nigdzie dojechać i miasto stało w korkach; tak przynajmniej twierdzi prasa, bo ja jakoś żadnych utrudnień nie odczułem, mimo że kilkakrotnie przejeżdżałem w pobliżu i w poprzek trasy wyścigu; pewnie i na ŚDM będzie podobnie).

A mnie w związku z tym przeszkadzają - zresztą nie od dzisiaj i nie tylko mnie, ale i większości mieszkańców Krakowa - dwie rzeczy:

Po pierwsze: dlaczego w imię imprezy organizowanej głównie dla przyjezdnych dezorganizuje się życie mieszkańców miasta? Prezydent Majchrowski miał czelność "radzić" krakowianom, aby najlepiej w tym czasie wyjechali na urlop... Jak w ogóle prezydent miasta może się zwracać w ten sposób do mieszkańców tegoż miasta? Przecież to tak, jakby powiedział "ja was - tzn. mieszkańców - tutaj nie potrzebuję; mam ważniejsze sprawy". Naprawdę ważniejsze? A kto cię wybrał, prezydencie, i dla czyjego dobra masz działać?

Dlaczego trzeba było tę imprezę robić w Krakowie? Nie można było urządzić tego na jakimś odludziu, zrobić tam pielgrzymom pole namiotowe, dowieźć helikopterem papieża i niech się modlą? Rozumiem jeszcze, że w miastach muszą się odbywać imprezy typu igrzysk olimpijskich czy mistrzostw w piłce nożnej - potrzebne są do nich stadiony i inne obiekty sportowe, z którymi trzeba coś zrobić po zakończeniu imprezy - wybudowanie ich w mieście daje przynajmniej teoretycznie jakąś szansę na to, że będą w przyszłości do czegoś wykorzystywane. Choć w praktyce, jak wiemy, bywa z tym kiepsko, to zlokalizowanie ich poza miastem nawet tę teoretyczną szansę by przekreślało i byłoby gwarantowanym marnotrawstwem. Ale tutaj? Gdy jedynymi obiektami, jakie trzeba wznieść, są polowe ołtarze, prowizoryczne ogrodzenia i przenośne toalety, które i tak po zakończeniu imprezy zostaną zdemontowane?

Wzorem tutaj mógłby być amerykański festiwal "Burning Man", odbywający się na pustyni, z dala od wszelkich skupisk ludzkich, gdzie w ciągu 10 dni w prowizorycznie zbudowanym miasteczku festiwalowym gromadzi się kilkadziesiąt tysięcy ludzi, nikomu nie przeszkadzając... Ale także i w Polsce mamy przykłady znacznie bardziej udanych lokalizacji wielotysięcznych imprez - do tego nawiązywać będzie częściowo punkt drugi...

A tym punktem drugim są kwestie finansowe. Na forum "Gazety Wyborczej" znalazłem niezwykle trafny komentarz, który pozwolę sobie tutaj w całości przytoczyć:

Na tegorocznym "Przystanku Woodstock",przez 3 dni bawiło się około 500 000 "pielgrzymów".
Fundację Jurka Owsiaka organizacja kosztowała około 8 000 000 złotych,a 360 000 dołożył Kostrzyn-głownie na promocję miasta.
Ile kosztowałyby ŚDM w Krakowie,gdyby organizatorem był Jurek Owsiak,a za promocję miasta odpowiadałyby chłopaki pokroju tych z Kostrzyna?
Ile kosztowałby Przystanek Woodstock,gdyby organizatorem imprezy był biskup Muskus to nawet,k....,nie jestem w stanie sobie wyobrazić:))

Pomijając fakt samej wysokości kosztów (na koszty wspomnianego Przystanku Woodstock niebagatelny wpływ ma też zapewne właśnie dużo trafniejsza dla tak dużej imprezy lokalizacja), oburza mnie jedno: dlaczego do organizacji imprezy, która jest wszak prywatną, wewnętrzną imprezą kościelną, za udział w której zresztą uczestnicy płacą, i to niemałe sumy - płacić muszą nawet wolontariusze pracujący przy organizacji imprezy, co jest jakimś kuriozum! - dlaczego do organizacji takiej imprezy dokłada się finansowo państwo oraz miasto?

W przypadku każdej imprezy masowej jest rzeczą oczywistą, że to organizator ma pokryć wszystkie koszty jej organizacji. Tutaj najwyraźniej Kościół chce, aby inni zapłacili, a on zgarnął przychody z wpłat uczestników. Nie ma się zresztą temu co dziwić - jak w swoim wyjątkowo ostrym i bezkompromisowym tekście opublikowanym niedawno w "Gazecie Wyborczej" stwierdził były ksiądz Tadeusz Bartoś, polski Kościół Katolicki jest głównie maszynką do robienia jak największej kasy metodami do szpiku kości niemoralnymi, a wszystko inne jest w nim na drugim planie. Ale skandalem jest, że władze godzą się na takie podejście - powinny jasno powiedzieć Kościołowi: chcecie ŚDM, to sobie za nie zapłaćcie. Za wszystko - każdy jeden najdrobniejszy związany z tą imprezą wydatek. Oczywiście np. prezydent Majchrowski będzie argumentował, że wiele z tych pieniędzy poszło na cele, które i tak są potrzebne i przydatne dla miasta jak np. remonty dróg. Owszem, i to jest właśnie tym bardziej irytujące. W miesiącach poprzedzających ŚDM remontowano w Krakowie drogi na potęgę, jak nigdy dotąd. Wiele z nich rzeczywiście było mocno zniszczonych i domagały się remontu już od bardzo dawna. Czy wyremontowano by je, gdyby nie ŚDM? Nie - i pewnie żadne głosy mieszkańców domagających się np. remontu chodników tak nierównych, że łatwo można się na nich potknąć i wybić zęby, w niczym by nie pomogły. "Miasto nie ma pieniędzy". Ale na ŚDM dziwnym trafem pieniądze się znajdują i wspomniany chodnik się remontuje, bo przecież nie może się tak zdarzyć, aby pielgrzym przyjeżdżający na ŚDM przewrócił się i wybił zęby. Co innego mieszkaniec, mieszkaniec może, nim nikt się nie przejmuje. Hybryda złej polskiej tradycji "zastaw się, a postaw się" z realizowaną przez władze miasta od kilkunastu lat "nowoczesną" wizją Krakowa jako miasta przede wszystkim dla turystów, gdzie mieszkańcy są na drugim planie. Organizowanie wielkiej imprezy dla przyjezdnych, podporządkowywanie jej całego życia miasta i proponowanie mieszkańcom, aby w tym czasie wyjechali sobie na urlop świadczy o tym najdobitniej, jak można.

No i jeszcze taki jeden drobny szczegół. W sprawie pomysłu zorganizowania w Krakowie niedoszłych igrzysk olimpijskich urządzono referendum, zapytano o zdanie mieszkańców, a ci jednoznacznie opowiedzieli się przeciwko wydatkom z miejskiej kasy na ten cel i przeciwko dezorganizacji życia miasta, jaką taka impreza by spowodowała. W kwestii ŚDM nikt mieszkańców o zdanie nie pytał, potraktowano to jako fakt dokonany. Kościół sobie zażyczył ŚDM, Kościół ma ŚDM - kto tu by się liczył ze zdaniem mieszkańców, skoro chodzi o Kościół? Dlatego jeszcze raz serdecznie polecam lekturę wspomnianego tekstu Tadeusza Bartosia, który jak chyba nikt do tej pory dobitnie pokazał prawdziwy wizerunek polskiego Kościoła. Tylko co z tego, skoro zapewne jego tekst nie wywoła należytego odzewu? Już widać w tej samej "Gazecie Wyborczej" głosy polemiczne, głoszące iż taka totalna krytyka, jakiej dokonał Bartoś, "nie pomoże Kościołowi". A kogo interesuje, czy ona pomoże Kościołowi? To nie o pomoc Kościołowi tu chodzi, a - co wyraźnie i jasno stwierdza Bartoś - o pomoc państwu i społeczeństwu polskiemu w uwolnieniu się spod wpływu Kościoła. Kościół niech sobie rozwiązuje swoje problemy sam - lub niech nie rozwiązuje, jeśli uważa, że problemu nie ma - natomiast rolą władz państwowych jest ustawienie Kościoła na właściwym miejscu - tak, żeby problemy Kościoła nie wpływały na funkcjonowanie państwa, a imprezy kościelne, takie jak ŚDM (i nie tylko), nie urastały do rangi imprez państwowych, nie angażowały państwowych sił i środków i odbywały się z jak najmniejszą uciążliwością dla niezainteresowanych nimi obywateli.

komentarze (0) >>>