Główna >>

RSS
Nie idźmy na tę wojnę! To nie nasza wojna!

 

I jeszcze będzie o ŚDM...

2016-08-17   kategorie: społeczeństwo Czysta Kraina

Przed i w trakcie trwania ŚDM napisałem trzy teksty na ten temat (tutaj, tutaj i tutaj) i myślałem, że już naprawdę będę mógł sobie dać spokój z tym tematem... Jednak opublikowany w "Gazecie Wyborczej" tekst ks. Jacka Prusaka zmusił mnie do reakcji - po trochu dlatego, że poniekąd jest adresowany wprost do mnie, a więc coś na zasadzie "uderz w stół, a nożyce się odezwą".

Pisze oto ks. Prusak: "Ta energia młodych ludzi, którzy za papieżem ściągnęli do Krakowa, udzielała się wszystkim. Tylko ktoś, kto założył gruby pancerz ochronny, mógłby nie dać się nią zarazić." Hm... po kimś, kto zajmuje się pracą terapeutyczną, interesował się medytacją i zenem i zdaje się, że coś z tych spraw zrozumiał ;), naprawdę spodziewałbym się nieco głębszego wglądu, a nie tylko powtarzania powszechnej opinii, jak to było entuzjastycznie, radośnie i w ogóle...

Nie, drogi księże, ja się nie "zaraziłem" tą "energią", i to wcale nie dlatego, że mam "gruby pancerz ochronny". Jako człowiek pracujący z ludzkimi umysłami - od tej drugiej wymienionej powyżej strony :) - bardzo byłem ciekaw tych młodych ludzi przyjeżdżających na ŚDM i oczywiście nie mogłem przegapić okazji, aby im się z bliska przyjrzeć.

Zobaczyłem - mówiąc w kilku słowach, które postaram się dalej rozwinąć - biedne, zmanipulowane dzieci. I zamiast jakiejkolwiek "energii" czy "radości", było mi ich przede wszystkim ogromnie żal. Może trochę zastępczo za nich, jako że sami zapewne nie widzą tego, jak są manipulowani...

Dlaczego "biedne dzieci"? Dzieci, bo w większości byli to ludzie nie tylko bardzo młodzi, ale też dziecinni właśnie - bardzo naiwni, idealistyczni, niewiele wiedzący o świecie i pełni nierealnych marzeń. Te marzenia ich tu właśnie przywiodły - marzenia o przeżyciu czegoś wspaniałego, co chociażby na chwilę odmieni ich marne zazwyczaj życie. Bo w większości byli to ludzie biedni - niekoniecznie w sensie materialnym, choć zdaje się że większość uczestników ŚDM istotnie pochodziła z krajów raczej biednych i z uboższych warstw społecznych. Ale to nie jest tak bardzo istotne. Istotniejsze jest to, ze byli to ludzie biedni w takim znaczeniu, w jakim przenośnie używamy tego słowa w języku polskim: jako synonimu bycia nieszczęśliwym, cierpiącym. Ludzie szczęśliwi, czujący się dobrze ze sobą i ze swoim życiem, na tego typu spotkania raczej nie przyjeżdżają; przyjeżdżają ci, którzy poszukują jakiejś nadziei na poprawę swojego losu, tej terapii, o której tyle pisze ks. Prusak w swoim tekście.

A co dostają? Może księdzu nie spodoba się to, co napiszę, ale dostają cyniczną manipulację. Ich nadzieja i chęć przeżycia czegoś "lepszego" jest wykorzystywana do wmanipulowania ich w imprezę, która w istocie jest głównie pokazem katolickiego triumfalizmu. Triumfalizmu, któremu sprzeciwia się ks. Prusak w swoim tekście, a który - dla obserwatora z zewnątrz, spoza Kościoła - w istocie jest głównym motywem przewodnim i najbardziej dominującą cechą ŚDM.

Wymieńmy tylko tak oczywiste fakty jak to, że życie całego miasta zostało praktycznie na ten tydzień zdezorganizowane i podporządkowane tej imprezie. Prezydent Majchrowski namawiał nawet - co uważam za skandal - mieszkańców do tego, aby na ten czas wyjechali z Krakowa, czego zresztą wiele osób faktycznie posłuchało i poza obszarami odwiedzanymi przez pielgrzymów miasto wyglądało jak wymarłe. Ogromne pieniądze przeznaczono z budżetu państwa i miasta na dofinansowanie tej uroczystości - a jest to przecież wewnętrzna impreza kościelna i jako taką Kościół powinien ją sobie sfinansować w całości, od A do Z, włącznie z organizacją komunikacji, ochroną i innymi tego typu sprawami (powie ktoś, że Kościoła nie stać? to w takim razie nie organizuje się imprez na taką skalę - to proste). Wszystkie główne ulice miasta, nawet te dalekie od miejsc, w których odbywały się wydarzenia ŚDM, pełne były ŚDM-owych dekoracji na długo przed imprezą. Jeżeli nie jest to katolicki triumfalizm, to w takim razie już nie wiem, co miałoby nim być. Mieszkaniec Krakowa - niekatolik w takiej sytuacji czuje się naprawdę mało komfortowo.

I żadne słowa Franciszka niczego tu nie zmienią. Do ludzi bardziej przemawia doświadczenie niż słowa. A doświadczenie jest dokładnie przeciwne temu, co z ust Franciszka można było usłyszeć. Weźmy chociażby taki fakt, jak gigantyczne marnotrawstwo sił i środków, polegające na przygotowaniu dwu niezależnych miejsc głównych uroczystości - na Błoniach i w Brzegach. Jak zmarnowana na ten cel energia, surowce i ludzki wysiłek ma się do ekologicznego przesłania, które tak chętnie i często przy różnych okazjach głosi papież Franciszek? Czy nie miał możliwości sprzeciwić się temu i jasno powiedzieć, że życzy sobie, aby wszystko było w jednym miejscu? Niemożliwe, aby nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia. A jednak tego nie zrobił. Oto jak rzeczywistość ma się do szlachetnych słów.

Niestety, główny problem z ŚDM jest taki, że przyjeżdżające tam masy młodych ludzi uczestniczą - bez swojej woli i wiedzy - w wielkim oszustwie. W imprezie organizowanej przez z gruntu zakłamaną instytucję, jaką - za przeproszeniem ks. Prusaka - jest Kościół Katolicki. Głęboko wierzę i chcę wierzyć - chociaż z Kościołem nie mam nic wspólnego - że są w tej zakłamanej instytucji ludzie "czyści" i uczciwi, tacy jak chociażby papież Franciszek czy ks. Prusak :). Ale są to wyjątki, które niewiele mogą zrobić. Nawet Franciszek, choć jest papieżem, sam nie jest w stanie wiele "oczyścić" w tej instytucji. Kłamstwo sięga zbyt głęboko.

Zakłamanie Kościoła polega na tym, że już dawno przestał - o ile kiedykolwiek to robił - zajmować się szerzeniem nauk swojego Mistrza, Jezusa. I podążaniem samemu za tymi naukami - to bardzo ważne. Jeżeli tylko mówisz, ale świadomie postępujesz niezgodnie z głoszonymi przez siebie poglądami, to to, co mówisz, nie ma większej wartości. A przykładów na to, jak Kościół postępuje niezgodnie z jezusowym nauczaniem, jest aż nadto, i nie dotyczy to tylko Kościoła polskiego. Wszędzie tam, gdzie Kościół ma znaczące wpływy, zajmuje się on przede wszystkim realizacją swoich interesów, w takich czy innych dziedzinach. Paradoksalnie, "czystość" Kościoła w pewnym stopniu została zachowana tylko tam, gdzie świeckie państwo w zdecydowany sposób ograniczyło jego wpływy i postawiło mu wyraźne granice, w jakich może działać. (Nie jest to zresztą w ogóle tylko problem Kościoła Katolickiego: każda instytucja religijna, która zyska sobie podobnie wpływową pozycję, jaką ma Kościół Katolicki, ulegnie podobnym patologiom. Ale dyskutujemy tu o imprezie zorganizowanej przez Kościół Katolicki, dlatego też na nim się skupiam.) Uważam, że żadna reforma Kościoła nie może przyjść z jego wnętrza; "oczyszczenie" Kościoła może być zainicjowane tylko poprzez narzucone z zewnątrz, znaczne ograniczenie jego wpływów i pozycji; ale o tym w obecnej Polsce trudno nawet marzyć.

Wobec tego typu zarzutów - nieraz już przecież i przez wielu podnoszonych - ze strony "obrońców Kościoła" pada zazwyczaj argument, że Kościół to nie tylko księża i hierarchia, że to przede wszystkim wierni tworzą Kościół, a w związku z tym nie można mówić o całym Kościele w tak czarnych barwach. Owszem, wierni tworzą Kościół - w tym samym sensie w jakim cegły tworzą mur. Czyli są jego częściami składowymi, budulcem - ale nie budowniczym. To nie cegły decydują, jak mur będzie wyglądał, którędy przebiegał i jakiej będzie wysokości. To nie one same układają się jedna na drugiej w odpowiednim porządku, aby ten mur stworzyć. Tak samo nie wierni decydują o tym, jak będzie wyglądał Kościół, nie oni organizują jego struktury, nie oni wypowiadają się publicznie w jego imieniu. Są materiałem, z którego Kościół tworzy jego hierarchia. Dlatego uważam, że utożsamianie Kościoła z instytucją, hierarchią - a nie z bliżej nieokreślonym zbiorowiskiem wiernych, jak chcieliby to widzieć jego "obrońcy" - jest jak najbardziej zasadne.

I właśnie z analogiczną sytuacją mieliśmy do czynienia w przypadku ŚDM. Młodzi ludzie, którzy zjechali na tę imprezę z całego świata, zostali - sami nie zdając sobie z tego sprawy - wykorzystani przez Kościół jako taki właśnie budulec, do stworzenia pewnego korzystnego dla tej instytucji wizerunku. Wizerunku, którego częścią są również takie artykuły jak ten napisany przez ks. Prusaka. Być może (chcę w to wierzyć) autor pisząc go także nie był do końca świadomy, że uległ pewnej manipulacji. Że nieświadomie daje się sterować tak jak te "rozśpiewane" i "rozentuzjazmowane" grupy pielgrzymów na ulicach Krakowa. Kiedy się im dobrze przyjrzało, można było zauważyć, że wszelkie śpiewy, tańce, okrzyki i inne podobne nieco sztuczne wyrazy entuzjazmu są zwykle inicjowane przez lidera grupy, który bynajmniej nie improwizuje; widać po nim, że wszystkie śpiewy, okrzyki, skandowania i inne tego typu akcje ma świetnie zaplanowane, wyuczone na pamięć i plan ten krok po kroku realizuje. A reszta grupy cokolwiek mechanicznie za nim podąża, starając się "zagłuszyć" nachalnym entuzjazmem wspomniane wcześniej cierpienie, które przywieźli ze sobą.

Coś się we mnie buntuje i czuję złość na widok takiego wykorzystywania nieświadomych młodych ludzi i podsuwania im, w imię czyichś interesów, nędznego substytutu w miejsce autentycznego przeżycia duchowego, które mogłoby naprawdę odmienić ich życie. Tak, czuję z tego powodu gniew. Tylko z drugiej strony, kto miałby to zrobić? Ilu jest w Kościele ludzi dysponujących autentycznym wglądem i wiedzących, co to duchowość? Ułamek promila?

Pokazowy charakter całej imprezy objawił się najlepiej na sam jej koniec, po zakończeniu finałowej mszy w Brzegach. Oficjalnie wydarzenie dobiegło końca. Papież wyjechał z Brzegów, telewizje zakończyły transmisje i wyłączyły kamery. Pielgrzymów, którzy muszą teraz powrócić z Brzegów do Krakowa, można więc już zostawić samych sobie i niech sobie radzą, jak potrafią. Wedle informacji, które można było wyczytać w sieci, na miejscu nie było żadnych służb organizatora, które pomagałyby uczestnikom w sposób uporządkowany opuścić teren i wskazywały im drogę do miasta i do środków komunikacji; policja zaś miała na głowie "ważniejsze" zadania, jak chociażby zamykanie ruchu na trasie przejazdu papieża do Tauron Areny (bo przecież wolontariuszy - którzy w tym momencie powinni być na miejscu uroczystości i do końca opiekować się powracającymi pielgrzymami, dbać o sprawne opuszczanie sektorów itp. - trzeba dowartościować i pogładzić po główce, jak to pięknie się spisali; chciałoby się zakrzyknąć: kur..., dla kogo to robicie? dla innych czy dla siebie?). W efekcie, wiele osób pobłądziło i utknęło na trasie (dodajmy do tego jeszcze straszliwy deszcz, który lunął tuż po zakończeniu mszy - aż nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby taka ulewa miała miejsce w nocy z soboty na niedzielę; w każdym razie zamiast propagandy sukcesu, w którą przemieniły się wszystkie doniesienia na temat ŚDM, mielibyśmy być może tragedię; całe szczęście, że do tego nie doszło). Potwierdzają to zresztą moje obserwacje - miałem okazję porównać liczebność grup, które w sobotę rano wsiadały do tramwajów kierując się w stronę Brzegów, z grupami powracającymi tymi tramwajami z Brzegów w niedzielę. Wracali niewielkimi grupkami, "kapiąc" po trochu przez cały dzień, zmęczeni, zmoknięci, powłóczący nogami. Wielu z nich kuśtykało, ledwo mogąc iść. Już nie śpiewali, nie skandowali, nie było w ich twarzach ani krzty tej "radości" i "entuzjazmu", o której tyle rozpisują się wszyscy apologeci ŚDM. Chcieli tylko jak najszybciej dotrzeć do swoich kwater. Kiedy tak na nich patrzyłem, było mi ogromnie smutno i żal. Ten smutek został ze mną na długo i był chyba najdobitniejszym wrażeniem, jakie wyniosłem z ŚDM. Biedne, zostawione same sobie dzieci... :(

Pisze ks. Prusak: "Ostatecznie wszystko się udało, ale teraz, po wyjeździe papieża, pojawił się klimat żałoby i smutku. To znaczy, że coś ważnego miało miejsce. Nie czuje się pustki po utracie czegoś nieistotnego." Nie czuję żadnej pustki po ŚDM. Czuję ulgę, że to się już skończyło. Dało się tę ulgę wyraźnie odczuć już w sobotę wieczorem, kiedy pielgrzymi wynieśli się do Brzegów, a na puste, wymarłe dotąd ulice zaczęli wracać mieszkańcy. Miasto znowu zaczynało normalnie żyć. Co za ulga!

A jeszcze większą ulgę bym odczuł, gdyby wreszcie skończyło się pisanie o tej imprezie i jednogłośne wychwalanie jej pod niebiosa (którego to chóru częścią jest niestety także artykuł ks. Prusaka). To także kolejny przejaw katolickiego triumfalizmu.

komentarze (1) >>>