Główna >>

RSS

 

To nie tak z tym buddyzmem

2016-10-22   kategorie: Czysta Kraina

W ostatnim wydaniu "Dużego Formatu" "Gazety Wyborczej" ukazał się reportaż Urszuli Jabłońskiej o tajlandzkim naukowcu, który zamroził swoją śmiertelnie chorą córkę. Tekst ciekawy i może dla niektórych osób nawet wzruszający, ale byłby jeszcze lepszy, gdyby autorka zupełnie niepotrzebnie nie wmieszała do niego akapitu na temat buddyzmu. Ponieważ to, co powiedziano w tym akapicie na temat buddyzmu i rzekomej "duszy", jest kompletnym nieporozumieniem. Nawet jeżeli w takie bzdury wierzy część (może nawet duża część) osób z Tajlandii uważających się za "buddystów", nie usprawiedliwia to publikowania ich bez komentarza i przyczyniania się w ten sposób do powiększania i tak już ogromnej dezinformacji i błędnych przekonań, jakie funkcjonują w świadomości społecznej na temat nauk Buddy.

Pogodziłem się już z nieuchronnym faktem, że zrozumienie nauki Buddy w społeczeństwie - nie tylko polskim, ale i krajów tradycyjnie uważanych za "buddyjskie", jak właśnie Tajlandia, której dotyczy artykuł - jest bliskie zeru. Nie chcę się jednak pogodzić z tym, że osoby dysponujące potężnym narzędziem rozpowszechniania informacji - w postaci środków masowego przekazu - za pomocą tego narzędzia zamiast przyczyniać się do polepszania tego zrozumienia, jeszcze je pogarszają.

"Sahatorn kiedyś - jak wszyscy buddyści - wierzył, że dusza to małe światełko albo energia, która po śmierci jednej osoby wnika w ciało kolejnej i w ten sposób życie przenosi się dalej." W nauce Buddy w ogóle nie istnieje coś takiego jak "dusza". Jeżeli wierzyć temu, co zapisane jest w pismach buddyjskich, Budda pytany o to przez uczniów niejednokrotnie wprost stwierdzał, że nic takiego nie istnieje. Na pewno zatem nie "wierzą w to wszyscy buddyści", a jeżeli jacyś "buddyści" w to wierzą, to tacy z nich "buddyści", jak polscy "katolicy", którzy regularnie co niedzielę bywają w kościele, ale nie znają podstawowych zasad swojej wiary (np. nie wiedzą, jakie osoby są w Trójcy Świętej - były kiedyś robione takie badania, nawet sama "Wyborcza" zdaje się o nich pisała). Zapewne takie naiwne i zinfantylizowane rozumienie buddyzmu jest w Tajlandii równie powszechne, co w Polsce naiwne i zinfantylizowane rozumienie chrześcijaństwa, ale trzeba mieć wyraźną świadomość tego, że jest to właśnie rozumienie naiwne i nie mające tak naprawdę nic wspólnego z prawdziwym nauczaniem Buddy.

Przykład tego naiwnego rozumienia buddyzmu (tylko pytanie przez kogo - przez Sahatorna czy przez reporterkę interpretującą jego słowa?) mamy w jednym z następnych zdań: "Oczywiście, że są wierzącą rodziną - podczas choroby Einz wciąż się modlili o jej zdrowie, składali dary mnichom, Sahatorn i Matric pojechali nawet na tygodniową medytację do klasztoru w intencji chorej." Czyli mówiąc krótko - robią coś, nie rozumiejąc za bardzo sensu tego, co robią, i celu, któremu ma to służyć. Działają zatem w sposób całkowicie przeciwny temu, czego nauczał Budda, który zalecał, aby starać się zawsze działać w pełni świadomie i "wszystko samemu sprawdzać"; nie wierzyć w nic tylko dlatego, że mówi tak jakiś autorytet, że taki jest zwyczaj, że jest tak napisane w świętych pismach itd. Droga buddyjska to w istocie nieustanne kwestionowanie wszystkiego i ciągłe stawianie sobie pytań, a nie bezrefleksyjne odprawianie rytuałów.

Oczywiście, tradycja therawady, rozpowszechniona w Tajlandii, to nieco "inny" buddyzm od dominującej na świecie mahajany (do której należy m.in. szkoła, w której praktykuję). Therawada jest bardziej "religijna", bardziej rygorystyczna, jeśli chodzi o trzymanie się zasad. Ale nawet w therawadzie - a może nawet zwłaszcza w therawadzie, która bardzo mocno akcentuje swoją wierność pierwotnej tradycji buddyjskiej - nie dopuszcza się wypaczania i fałszowania sensu nauk Buddy :).

"Dziś więc uważa, że koncepcja reinkarnacji to naleciałość, która zmieszała się z podstawą buddyzmu w ciągu tysięcy lat jego rozwoju." Rzeczywiście, potwierdza to, że pan Sahatorn musiał w ogóle nie mieć żadnej wiedzy na temat buddyzmu, bo dla osoby, która ma choćby minimalną wiedzę o jego historii, jest faktem oczywistym, że reinkarnacja to hinduistyczna koncepcja, którą na samym początku swojego istnienia (a nie "w ciągu tysięcy lat rozwoju") buddyzm zaczerpnął z hinduizmu, religii dominującej w Indiach, skąd wywodził się Budda. Budda tłumaczy jednak reinkarnację zupełnie inaczej; kluczowe dla zrozumienia koncepcji reinkarnacji w buddyzmie jest pojęcie karmy. Karma to - mówiąc najprościej - nagromadzone skutki naszych czynów. Nie ma żadnej "duszy", która wciela się w kolejne ciała, natomiast istnieją jakby "łańcuchy" następujących po sobie istot żywych (bo nie tylko ludzi) będących niejako swoimi kontynuacjami, mających wspólną karmę. Karma, którą nagromadzę w tym życiu, determinuje to, jaki będzie - jakie będzie mieć cechy, predyspozycje itd. - ten ktoś, kto urodzi się po mojej śmierci jako moja kontynuacja. Ale ten ktoś to nie będę ja, nie będzie w nim żadnej "mojej duszy". Indywidualne "ja" z punktu widzenia nauki Buddy w ogóle jest złudzeniem - "ja" nie jestem w żaden sposób odrębny od "innych" i całego świata; wszystko jest ze sobą wzajemnie połączone. Tym bardziej więc nie można mówić o indywidualnej duszy.

Różne szkoły buddyjskie, a nawet różni nauczyciele w obrębie tej samej szkoły, podchodzą jednak do kwestii reinkarnacji bardzo różnie, wielu z nich uważa, że jest to w ogóle kwestia drugorzędna i niezbyt istotna z punktu widzenia praktyki buddyjskiej, a włączona przez Buddę do jego nauczania tylko po to, aby łatwiej trafiło ono do tzw. "prostych ludzi".

Ponieważ akurat stuprocentową prawdą, jeżeli chodzi o naukę Buddy, jest następne zdanie z artykułu: "Tylko że jego zdaniem w tej religii chodzi o to, żeby wyzwolić się od cierpienia, które przynosi ludzkie życie i przemijanie. I w tym kierunku trzeba trenować umysł." Czyżby w Tajlandii nikt nikogo nie uczył absolutnych podstaw buddyzmu? To stwierdzenie to wszak skrócony wniosek z tzw. Czterech Szlachetnych Prawd, stanowiących samą podstawę nauki Buddy - już nic bardziej podstawowego w buddyzmie znaleźć się nie da. A Cztery Szlachetne Prawdy to jedna z pierwszych informacji, jakie w zdecydowanej chyba większości zachodnich szkół buddyjskich przekazywane są na pierwszym wprowadzającym spotkaniu osobie, która przychodzi do ośrodka buddyjskiego z chęcią rozpoczęcia praktyki.

Tyle tylko, że pan Sahatorn znowu sobie te Cztery Szlachetne Prawdy opacznie zinterpretował (albo może dziennikarka źle zrozumiała jego słowa): "Sahatorn jest pewien, że zrobił dla Einz absolutnie wszystko w ramach ludzkiej logiki i możliwości. I to właśnie uwolniło go od cierpienia." Oczywiście, to zupełnie normalne dla każdego - czy jest buddystą, czy nie - że kiedy ktoś bliski jest chory, staramy się wszystkimi naszymi możliwościami go ratować. Niemniej jednak buddyzm naucza - i temu między innymi służy wspomniane w poprzednim zdaniu artykułu "trenowanie umysłu" - że wszystko na świecie jest nietrwałe, że to, co się urodziło, musi umrzeć, a to, co zostało zbudowane, musi kiedyś się rozpaść; że trzeba jasno postrzegać, co w każdej konkretnej sytuacji jest działaniem właściwym, a co nie. Uczy "odpuszczania" i akceptowania rzeczy "takimi jakie są", gdy nie ma sensu podejmować "na siłę" działań wbrew naturalnemu biegowi zdarzeń. Oczywiście niezbędna jest ku temu rozwijana przez praktykę medytacyjną mądrość, która pozwala dostrzec, co jest w danej sytuacji działaniem właściwym, a co nie, bo nie ma tu żadnych prostych i jednoznacznych odpowiedzi. I to właśnie uwalnia od cierpienia, a nie robienie za wszelką cenę "wszystkiego co możliwe".

Nie znam oczywiście "z pierwszej ręki" tej konkretnej sytuacji, aby stwierdzić, czy działania podejmowane przez Sahatorna były nadmierne, i czy w pewnym momencie nie należało po prostu "odpuścić" i pogodzić się z nieuniknionym - tym, że córka umrze. To może wiedzieć tylko sam Sahatorn, jeżeli to, co robił, robił z jasnym umysłem. Jeżeli natomiast nie robił tego z jasnym umysłem - to, przykro mi to powiedzieć, wszystkie jego działania były w dużym stopniu zmarnowanym wysiłkiem. Córka i tak umarła, a on pielęgnuje w sobie kosztowne (tak materialnie, jak i psychicznie) iluzje na temat jej przyszłego odrodzenia. (Osobiście nie wierzę w to, że ludzi zmarłych kiedykolwiek będzie można przywrócić do życia; to miłe fantazje, ale tylko fantazje, wynikające z ludzkiego strachu przed śmiercią. Jedni starają się oswajać ten strach bajkami religijnymi o duszy i życiu po śmierci, a inni bajkami naukowymi - tak jak w tym przypadku.) Co się z nim stanie, kiedy w pewnym momencie te iluzje runą? Czy będzie w stanie to wytrzymać i się nie załamie? Tym chyba powinien się bardziej przejąć niż staraniami o to, aby ożywić córkę w przyszłości.

Buddyzm to wieczne stawianie sobie pytań - a więc, kto umarł? Gdzie jest Matheryn? (Nie, nie chodzi o miejsce, w którym znajduje się jej ciało). Kto tak heroicznie walczył o to, aby córkę utrzymać przy życiu? Dokąd pójdzie Sahatorn, kiedy umrze? (I znowu nie chodzi tutaj o pojemnik krioniczny ;)).

Tygodniowa medytacja w klasztorze, o której jest mowa kilka zdań wcześniej, miałaby sens, gdyby otworzyła jego umysł na te pytania i gdyby dała mu trochę tej mądrości, pozwalającej postrzegać właściwe działanie w trudnej sytuacji. Gdyby uświadomiła mu, że tak naprawdę Matheryn nigdy nie umarła - podobnie jak nigdy się nie urodziła ;) - ponieważ nigdy nie była od niego oddzielona. Sahatorn jest Matheryn, Nareerat jest Matheryn, pani Urszula Jabłońska jest Matheryn, ja jestem Matheryn i wszyscy czytelnicy tego reportażu również. I każdy człowiek na Ziemi, choć nawet o tym nie wie. Matheryn jest z nami, była i będzie. Wszystko jest ze sobą nierozerwalnie i na zawsze połączone. I zupełnie nie zależy to od tego, czy ciało Matheryn leży gdzieś tam zamrożone, czy zostało zakopane w ziemi, czy zmieniło się w pył w ogniu kremacji. "Ale jest jedna rzecz, która zawsze pozostaje jasna. Jest czysta i jasna, niezależna od życia i śmierci. Co jest tą jedną czystą i jasną rzeczą?" - jak mówi znany buddyjski wiersz.

Czy z artykułu wynika, że cokolwiek z tych buddyjskich prawd do Sahatorna trafiło? Niestety nie widać tego w tekście. Więc podsumowując - powtarzam, nie należało do tego tekstu w ogóle mieszać buddyzmu, bo z opisaną sytuacją nie ma on nic wspólnego. A opublikowanie tego tylko rozpowszechnia kolejne błędne opinie na temat buddyzmu, których i tak - jak napisałem na wstępie - jest już za dużo, więc nie należy jeszcze dokładać.

komentarze (0) >>>