Główna >>

RSS

 

WTF, czyli komentarz tygodnia

2018-01-07   kategorie: kultura społeczeństwo

Jest sobie pewien pan z Krakowa, który ma się za poważnego dziennikarza - i to tzw. "śledczego" - i komentatora politycznego, a który w swoich zamieszczanych na Youtube "komentarzach tygodnia" posługuje się językiem, sposobem mówienia i poziomem argumentacji odpowiednim raczej dla stand-upowego komika - i to nie najwyższych lotów - a zupełnie nieadekwatnym w rzekomo poważnych politycznych rozważaniach. Chyba minął się z powołaniem ;)

Od tego właśnie pana pozwoliłem sobie zapożyczyć część tytułu tego wpisu, aczkolwiek nie zamierzam bynajmniej iść w jego ślady i regularnie komentować wydarzeń minionego tygodnia :). Ale w ostatnim tygodniu skumulowało się ich tyle, i o takim poziomie absurdu, że po prostu muszę się do nich jakoś odnieść. Nie będzie tu jednak żadnego stand-upu i ironizowania, jak u wspomnianego pana - będzie za to solidna dawka szczerego zdziwienia i zwykłego ludzkiego wkurwu, że "można aż tak". Dlatego też do tytułu zapożyczonego od owego pana dodałem popularny internetowy skrót WTF - czyli tłumacząc swobodnie na polski: "co jest, kur...?"

No to po kolei:

Jakąś kompletnie absurdalną wszechwładzę i bezkarność w Polsce uzyskali myśliwi. Wprowadzono właśnie przepisy - a "dla zmylenia przeciwnika" zrobiono to w ustawie o zwalczaniu chorób zakaźnych u zwierząt! - które pozwalają myśliwym pogonić z lasu każdego, kto według nich "przeszkadza" im w polowaniu. Nie tylko pogonić, ale i zażądać jego ukarania przez sąd, gdyż zgodnie z nowym prawem "przeszkadzanie" w polowaniu jest wykroczeniem zagrożonym grzywną. Mało tego, takie prawa myśliwi mają nie tylko w państwowych lasach, ale wszędzie - nawet na czyimś prywatnym terenie! Myśliwy może sobie tam polować, a właścicielowi terenu nie wolno mu "przeszkadzać". Nikt inny w Polsce nie ma takich przywilejów, aby bezkarnie wchodzić sobie na cudzy teren - wręcz przeciwnie, jak już pisałem o tym gdzie indziej, prawo własności zwykle było dotąd w Polsce stawiane ponad wszelkimi innymi prawami i egzekwowane z całą bezwzględnością. Ale prawo myśliwych do swobodnego strzelania okazuje się być jeszcze ważniejsze. WTF?

We wszystkich mediach szeroko opisywana była sprawa księdza z Rzeszowa, który osobom, które nie przyjęły go po kolędzie - a więc, jak należy się domyślać, niewierzącym lub innego niż katolickie wyznania - zostawił pod drzwiami kartki z wezwaniem do "obowiązkowej" wpłaty pieniędzy na budowę nowego kościoła. Ksiądz bezczelnie tłumaczy się tym, że rzekomo "o przynależności do parafii decyduje [...] faktyczne miejsce zamieszkania". Nie, proszę księdza, o przynależności do parafii decyduje przede wszystkim fakt, czy ktoś chce do niej przynależeć, czy życzy sobie brać udział w obrzędach religijnych (skoro nie przyjął księdza, to najwyraźniej sobie nie życzy) i w ogóle interesuje go bycie członkiem kościoła. Obowiązku przynależności do kościoła katolickiego póki co na szczęście jeszcze w Polsce nie ma. WTF?

Rząd przyjął projekt ustawy o tzw. elektromobilności. Przedstawiany jest on w mediach (także tych "opozycyjnych") w bardzo pozytywnym świetle i podkreślany jest głównie fakt, że na mocy tej ustawy stanie się możliwe to, czego samorządy i znaczna część obywateli domagała się w Polsce od lat - pobieranie opłat za wjazd samochodów do miast lub ich określonych części. Byłaby to faktycznie bardzo pokrzepiająca wiadomość, gdyby... nie była to jedna wielka ściema. W tym projekcie absurd goni absurd. Po pierwsze, okazuje się, że opłata ta dotyczy jedynie samochodów napędzanych "tradycyjnymi" paliwami - benzyną, olejem napędowym czy gazem. Samochodów elektrycznych (bądź - co na razie jest jeszcze raczej futurologią - o napędzie wodorowym) opłata nie dotyczy! A czemuż to? Czy zajmują one mniej miejsca w mieście niż samochody benzynowe, powodują mniejsze zatłoczenie? Nie, są dokładnie tak samo duże i dokładnie w takim samym stopniu przyczyniają się do powstania korków. A przecież to zatłoczenie i zakorkowanie centrów miast, a nie zanieczyszczenie powietrza, jest głównym powodem, dla którego na świecie wprowadza się opłaty za wjazd do miast! Zresztą sama najczęściej stosowana nazwa tej opłaty - opłata kongestyjna, czyli opłata od zatłoczenia - wyjaśnia, w czym rzecz.

Absurdów - jak już zaznaczyłem - jest tam jednak więcej. O ile można zrozumieć, że władzę obchodzi bardziej problem smogu, a w mniejszym stopniu (lub w ogóle) problem korków, i dlatego ustalono takie zasady pobierania opłaty "wjazdowej" (bo kongestyjną już jej w takim razie nazwać nie można), to jaki sens ma zwalnianie samochodów elektrycznych z opłat za parkowanie w strefach płatnego parkowania w mieście, czy zezwalanie im na poruszanie się buspasami??? Jakie znaczenie dla braku miejsc parkingowych ma fakt, czy zajmują je samochody benzynowe, czy elektryczne? Jakie znaczenie dla pasażerów autobusu ma fakt, czy korkujące buspas samochody mają benzynowy, czy elektryczny napęd? Cała ta ustawa jest - na razie, dopóki samochody elektryczne są drogie i tylko nieliczni mogą sobie na nie pozwolić - po prostu kolejną formą robienia dobrze bogatym, natomiast za kilka lat, gdy samochody te staną się bardziej powszechne i masowe (a przemysł samochodowy bardzo intensywnie pracuje nad przestawieniem się na produkcję samochodów elektrycznych), będzie ona po prostu gwarancją powrotu problemów, z którymi już - jak się wydawało - częściowo zaczęliśmy sobie radzić. Miasta jeszcze bardziej się zapchają, bo sprawdzone już rozwiązania, takie jak strefy płatnego parkowania i buspasy, przestaną działać i spełniać swoje zadanie. Po buspasach jeździć będą tabuny samochodów osobowych, blokując autobusy jak za czasów sprzed wprowadzenia buspasów, a strefy "płatnego" parkowania zastawione będą samochodami parkującymi za darmo. WTF?

A skoro już jesteśmy przy temacie parkowania, to w skrzynce pocztowej znalazłem pismo od mojej spółdzielni mieszkaniowej, rozesłane do wszystkich mieszkańców. Spółdzielnia informuje o prowadzonej przez władze miasta akcji polegającej na "zmianie sposobu parkowania poprzez umieszczanie nowych znaków i montaż słupków". Sugeruje, iż działania te skutkują "likwidacją kilku tysięcy miejsc parkingowych w skali całego miasta - w sposób skrajnie niekorzystny dla posiadaczy samochodów, a niekiedy z naruszeniem prawa" i w związku z tym namawia członków spółdzielni do podpisywania petycji do Rady Miasta w celu "wyłonienia organu kontrolnego, który prześwietli działania władz Krakowa". Nie zapomina też określić tej zbiórki podpisów jako "oddolnej inicjatywy społecznej - pierwszej tego rodzaju w naszym mieście".

Hm... ciekawe co spółdzielnia ma na myśli używając tych dwu małych słówek "tego rodzaju". Bo jeżeli przez "tego rodzaju" inicjatywę rozumieć inicjatywę popartą przez spółdzielnię, to owszem, spółdzielnia ma rację. Nigdy dotąd nie poparła ona i nie zachęcała oficjalnie swoich członków do udziału w żadnej inicjatywie społecznej i zbierania podpisów pod żadnymi petycjami, mimo że było ich w Krakowie wiele, i to często dotyczących spraw znacznie bardziej żywotnych i ważnych dla dobra ogółu mieszkańców - a nie tylko egoistycznych interesów wąskiej grupy tych posiadaczy samochodów, którzy chcą je parkować wszędzie, nie zważając na przepisy (a może to właśnie tego - tzn. obrony interesów tej grupy - dotyczą słowa "tego rodzaju"?).

Nie poparła chociażby inicjatywy miejskich aktywistów domagającej się uporządkowania parkowania na chodnikach, tak aby wszędzie pozostawić wymaganą przepisami wolną przestrzeń dla pieszych o szerokości minimum 2 m. Po wielu chodnikach w Krakowie nie da się chodzić inaczej niż gęsiego (a i to czasami z trudnością), bo tak są zastawione parkującymi samochodami. Ale to szanownej spółdzielni nie przeszkadzało i nie uznawała za stosowne zabrać głosu. Kiedy jednak wojewoda (który jest właściwym pod względem kompetencji organem kontrolnym dla działań i decyzji władz miasta, a nie jakiś hipotetyczny "organ kontrolny" wyłoniony przez Radę Miasta) nakazał miastu uporządkowanie tego stanu rzeczy i m.in. korektę wielu miejsc parkingowych, które były wyznaczone niezgodnie z przepisami - i kiedy to w wyniku tych działań kontrolnych władze miasta rozpoczęły walkę z "dzikim" parkowaniem - spółdzielnia nagle podniosła larum.

Bo co jest bardzo istotne, a o czym spółdzielnia napisać nie raczyła - rzekome tysiące miejsc parkingowych, które są likwidowane w wyniku porządkowania parkowania w Krakowie, to w przytłaczającej większości miejsca nielegalne - bądź to wyznaczone przez miejskiego zarządcę drogi niezgodnie z przepisami, bądź w ogóle nie wyznaczone, a po prostu "na dziko" zwyczajowo zajmowane przez kierowców. Ale w tym przypadku nie muszę przynajmniej pytać WTF, czyli "o co biega" z tym całym absolutnie wyjątkowym poparciem spółdzielni dla co najmniej podejrzanej inicjatywy, posługującej się kłamliwymi argumentami. Ot, po prostu pewnie panu prezesowi, czy komuś innemu z zarządu spółdzielni, postawiono słupki na chodniku w miejscu, gdzie zwykle parkował. Co z tego, że parkował nielegalnie? Przecież skoro ma samochód, to powinien mieć prawo zaparkować wszędzie! Tak jak wszędzie strzelać może myśliwy, a inni mogą mu "skoczyć".

A obrazu zamieszania dopełnia jakiś dziwny chaos wokół imprezy sylwestrowej TVP w Zakopanem. Najpierw było karykaturalne wręcz "podkręcanie" atmosfery sensacji i niezwykłości w każdym materiale zapowiadającym imprezę, co spowodowało, że unosiła się ona w oparach absurdu już na długo przed jej rozpoczęciem. Potem żenujące playbacki, z których "występowała" bodajże większość zaproszonych "gwiazd" (wokalista jednego z zespołów chyba pomylił "role" i ruszał ustami do fragmentów, które powinna wykonywać jego koleżanka - WTF?), a zwieńczeniem wszystkiego stała się jakaś absurdalna awantura na dworcu kolejowym i w pociągu po zakończeniu imprezy. Zakończmy więc ten zbiór absurdów nieco zmodyfikowaną wersją "hitu" jednej z największych "gwiazd" owej imprezy:

Stoi pociąg w Zakopanem
Nie odjedzie stąd przed ranem
Dobrze bawiłeś się, lecz teraz - przejebane...
Będę czekał tu pół nocy
Przydałby mi się motocykl
Hej, nie dojadę dziś do domu, niech to szlag!

Szczęśliwego Nowego Roku ;)

komentarze (0) >>>