Główna >>

RSS

 

Wkurzających wieści z Krakowa kilka

2018-07-17   kategorie: prywatne społeczeństwo rower

Zdarzyło się w ostatnim czasie w Krakowie kilka rzeczy, mogących spowodować naprawdę głębokie wkurzenie głupotą ich autorów/pomysłodawców...

Pierwsza: po raz kolejny wrócił "na tapetę" głupi pomysł zakazania ruchu rowerów na Plantach. Motywacja oczywiście ta sama co zawsze: "bo rowerzyści na Plantach zagrażają pieszym". Dodatkowo tym razem pomysłodawcy posługują się nieprawdziwym i obłudnym argumentem, że "przecież wybudowano ścieżkę dla rowerów obok Plant, więc nie ma potrzeby, aby rowerzyści jechali Plantami."

Zacznijmy od tego ostatniego pseudoargumentu. Po pierwsze, nie jest to ścieżka, a kontrapas - czyli jedzie się nim tylko w jednym kierunku. W kierunku przeciwnym jedzie się w ruchu ogólnym, wraz z samochodami. O ile nie stanowi to problemu dla wprawnego rowerzysty, którego celem jest szybkie przejechanie "z punktu A do B", to należy pamiętać, że w sporej części po Plantach jeżdżą rowerzyści niedoświadczeni, którzy boją się jeździć ulicą, w tym np. rodzice z dziećmi, które mogą tam bezpiecznie jeździć samodzielnie na własnych rowerach. A nawet i doświadczony rowerzysta wybierze Planty, gdy zamiast gnać "z punktu A do B" ma ochotę na relaksową przejażdżkę w spacerowym tempie.

Po drugie, kontrapas zbudowano tylko na ok. 1/3 długości Plant - od wylotu ulicy Piłsudskiego do Dworca Głównego (zob. mapa). Na tym odcinku dodatkowo ograniczony jest ruch samochodów w kierunku przeciwnym do kontrapasa, więc ewentualna jazda ulicą nie jest dużym kłopotem. Natomiast szczególnie dramatyczna sytuacja panuje po wschodniej stronie Plant, na ulicach Westerplatte oraz Świętej Gertrudy, które bywają często całkowicie zakorkowane samochodami, między którymi rowerzysta nie ma żadnej możliwości przejazdu i Planty są jedyną alternatywą.

Po trzecie wreszcie, rowerzyści wcale o ten kontrapas nie prosili i nie domagali się jego budowy - został on wykonany niejako "przy okazji" podczas przebudowy tego odcinka ulic związanej z wprowadzeniem tam ruchu jednokierunkowego (a to z kolei miało na celu usprawnienie komunikacji tramwajowej na tym, bardzo krytycznym dla sieci tramwajowej Krakowa, odcinku). Widać to wyraźnie po tym, że kontrapas ten jest w bardzo niewielkim stopniu wykorzystywany i jeździ nim niewielu rowerzystów - bo w większości przypadków Plantami jest po prostu łatwiej, krócej i wygodniej. A taka właśnie ma być komunikacja rowerowa w mieście - prowadzona jak najkrótszymi i jak najwygodniejszymi trasami. Mówi o tym jednoznacznie "biblia" projektowania infrastruktury rowerowej w mieście, podręcznik "Postaw na rower" wydany w latach 90. przez holenderską organizację CROW. Po przeczytaniu choćby fragmentów tego podręcznika jest oczywiste, dlaczego rowerzyści będą jeździli Plantami, a nie żadnymi trasami dookoła nich, i że wszelkie próby wyrzucania ich stamtąd są pomysłem bezsensownym, przypominającym przysłowiowe "zawracanie Wisły kijem".

Natomiast oczywiście istnieje i narasta w ostatnim czasie coraz bardziej problem - ale dotyczy on nie tylko Plant, lecz wielu innych miejsc w mieście, po których poruszają się równocześnie rowerzyści i piesi - rowerowych "piratów" stanowiących zagrożenie dla pieszych. Jak słusznie wskazuje Adam Łaczek w swojej wypowiedzi dla "Gazety Wyborczej", właściwym sposobem rozwiązania tego problemu jest patrolowanie tego typu miejsc przez odpowiednie służby i karanie rowerzystów-piratów, a nie zakazywanie ruchu rowerów. Zwłaszcza, że sami urzędnicy z ZIKiT-u, jednostki miejskiej odpowiedzialnej za organizację ruchu, uważają skuteczne wprowadzenie zakazu jazdy rowerem na Plantach za nierealne. A przede wszystkim potrzebne jest - ale to już wymagałoby zaplanowania i organizacji jakiegoś przedsięwzięcia na większą skalę niż tylko doraźne działania, co wydaje się być poza możliwościami polskich władz na każdym szczeblu ;) - edukowanie rowerzystów w zakresie zasad poruszania się rowerem po mieście, gdyż ze sposobu ich jazdy widać, że wielu z nich nie ma na ten temat zielonego pojęcia.

Przejdźmy teraz do sprawy drugiej: nieszczęsnego pomnika Armii Krajowej na bulwarach wiślanych, która to sprawa ciągnie się już wiele lat i jest oburzająca z kilku względów.

Zacznijmy od tego, że pierwotnie pomnik miał stać w zupełnie innym miejscu, miał też znacznie mniej kosztować, a sfinansować go miały ze zorganizowanej przez siebie zbiórki same środowiska kombatanckie, domagające się jego budowy. Ale potem apetyt zaczął rosnąć w miarę jedzenia i pomysłodawcy pomnika uznali, że lokalizacja pomnika AK w pobliżu muzeum AK jest "niegodna" (???) i że właściwym miejscem są bulwary Wisły. I jakoś "psim swędem" ktoś "klepnął" taką lokalizację. W dodatku cudownym sposobem koszty budowy pomnika wzrosły wielokrotnie i już nie było mowy o sfinansowaniu go z pieniędzy zebranych przez kombatantów - zapłacić za niego miało miasto, czyli my wszyscy.

To jednak nie jest najgorsze. Najgorszy jest planowany rozmiar całego kompleksu otaczającego wspomniany pomnik, gdyż przed pomnikiem planowane jest utworzenie wielkiego wybetonowanego placu (wizualizację można zobaczyć w tym artykule), który zajmie sporą część trawnika chętnie wykorzystywanego jako miejsce rekreacji, a także okazjonalnie na potrzeby różnych imprez plenerowych. Zupełnym skandalem jest natomiast fakt, że wybudowanie tego pomnika wraz z otaczającym go placem wymagać ma usunięcia stojącego w tym miejscu od lat i bardzo ważnego dla wielu krakowian innego pomnika - psa Dżoka.

No i wisienka na torcie: w związku z kontrowersjami na temat lokalizacji pomnika w tym miejscu na początku tego roku miasto zorganizowało konsultacje społeczne wśród mieszkańców, połączone z ustawieniem w proponowanym miejscu makiety pomnika w skali 1:1, aby na jej podstawie mieszkańcy mogli sobie wyrobić opinię. Większość osób biorących udział w ankiecie była przeciwna budowie pomnika, w związku z czym Rada Miasta na jednej z niedawnych sesji miała rozważyć zmianę jego lokalizacji. Zdecydowała... zignorować opinię mieszkańców (to po co było w takim razie wydawać pieniądze na konsultacje i makietę?) i podtrzymać decyzję o zbudowaniu pomnika nad Wisłą. Miasto ogłosiło już przetarg na jego wykonanie - pozostaje tylko mieć nadzieję, że - podobnie jak w poprzednim - także i w tym przetargu nie wpłyną żadne oferty...

Zaś tegoroczną edycję budżetu obywatelskiego Krakowa wygrał bezsensowny projekt pod tytułem "Zielony pochłaniacz smogu dla każdej dzielnicy". Projekt zakłada utworzenie w każdej z dzielnic Krakowa zielonej ściany, czyli pionowej płaszczyzny porośniętej roślinami, które mają rzekomo absorbować zanieczyszczenia powietrza składające się na smog.

Projekt nie zawiera żadnych wyliczeń czy badań, wskazujących w jakim stopniu taka jedna (!) zielona ściana w dzielnicy może przyczynić się do zmniejszenia smogu. Intuicja i zdrowy rozsądek jednak podpowiada, że możliwości pochłaniania zanieczyszczeń przez taką ścianę są bardzo niewielkie, wręcz symboliczne w skali całego zanieczyszczenia, z jakim boryka się Kraków. Czyli będzie to 1,7 miliona złotych (bo tyle ma kosztować projekt) wyrzucone w błoto. Można było te pieniądze naprawdę wydać lepiej - chociażby na rewitalizację któregoś ze zniszczonych krakowskich parków bądź utworzenie nowego, ponieważ istotnie Kraków cierpi na ogromny niedostatek ogólnodostępnej zieleni miejskiej - ale nie w postaci jakichś absurdalnych "zielonych ścian". Takie projekty również zgłoszone były do tegorocznego BO, ale niestety zajęły dalekie miejsca. Wygrało nośne hasło "smog", bez większego zastanowienia nad tym, jaki może być rzeczywisty skutek realizacji owego projektu dla zmniejszenia smogu w Krakowie... :(

Od kilku już lat zresztą krakowianie głosują w budżecie obywatelskim na projekty typu "miś na miarę naszych możliwości". A właściwie nie tyle możliwości, co jakichś urojeń. Jednym ze sztandarowych przykładów był projekt, który zwyciężył kilka lat temu i ze względu na swoje wysokie koszty odebrał szansę realizacji wielu innym, bardziej wartościowym projektom - "darmowy miejski Internet". Rzecz sprowadzała się do udostępnienia darmowego Wi-Fi w kilkunastu punktach Krakowa, przeważnie w popularnych miejscach rekreacyjnych takich jak bulwary wiślane czy parki. Już wtedy słusznie krytykowano ten projekt za to, iż osobami, które przede wszystkim z niego skorzystają, będą turyści, dla których i tak już miasto robi bardzo dużo - natomiast w ramach budżetu obywatelskiego powinny powstawać rzeczy służące głównie mieszkańcom. Minęło kilka lat i praktycznie nie widać osób korzystających z tego darmowego Internetu (nie wiem zresztą, czy on jeszcze działa?) - bo i po co, skoro prawie każdy posiadacz smartfona może obecnie mieć - jeżeli tego potrzebuje - nielimitowany pakiet transmisji danych w ramach usługi oferowanej przez swojego operatora? To był pierwszy taki "miś", który ładnie wyglądał jako hasło, ale gdy mu się bliżej przyjrzeć, okazywał się bez sensu. Z "zielonym pochłaniaczem smogu" sytuacja wygląda analogicznie.

Ech, ręce i nogi opadają...

komentarze (0) >>>