Główna >>

RSS
Nie idźmy na tę wojnę! To nie nasza wojna!

 

Dlaczego Polacy się nie buntują?

2026-11-01   kategorie: nowości społeczeństwo

W serwisie Wykop, który od jakiegoś czasu po dłuuuugiej przerwie znowu zacząłem odwiedzać (choć z dużą rezerwą; bo to już zdecydowanie nie ten Wykop co kiedyś; poziom komentarzy upadł "na pysk" i ilość widocznej tam głupoty jest porażająca - to zmiany, które niestety dotknęły chyba cały Internet), pojawił się niedawno wpis pod bardzo ważnym tytułem: "Potulny jak Polak. Dlaczego przestaliśmy się buntować?", linkujący do krótkiego tekstu Jana Śpiewaka opublikowanego na portalu WP. Ta notka będzie w pewnym sensie rozbudowanym komentarzem do tego wpisu - jako że poziom komentarzy pod tym wpisem w pełni odzwierciedla to, co napisałem powyżej o obecnym poziomie Wykopu, a i sam tekst Śpiewaka bardzo upraszcza przedstawione kwestie.

Moja odpowiedź na tytułowe pytanie jest - jak zawsze w innych podobnych kwestiach - taka sama ;) : zrobił nam to neoliberalizm. Jednak aby zrozumieć, dlaczego ten neoliberalizm wpłynął na nas znacznie silniej niż na społeczeństwa Europy Zachodniej - też przecież poddane neoliberalnemu wpływowi, mającemu charakter globalny - trzeba wziąć pod uwagę kilka innych faktów i zjawisk.

Tak się złożyło - przypadkiem albo nie - że polski bunt czasów "Solidarności" (do którego zresztą odwołuje się Śpiewak w swoim tekście) miał miejsce w tym samym czasie, w którym w świecie zachodnim nastąpiło przejście od wcześniejszej, przed-neoliberalnej fazy kapitalizmu, w którym biznes i kapitał był ujęty w ramy i rygory narzucone przez państwo, do neoliberalizmu właśnie, w którym biznes i kapitał dostały absolutnie wolną rękę zajmując de facto pozycję władzy i spychając państwo na drugi plan. Tu warto odwołać się do tego, co pisze w swoich książkach Zygmunt Bauman - o tzw. pierwszej i drugiej rewolucji menedżerskiej i przejściu od społeczeństwa nowoczesnego do społeczeństwa "płynnej ponowoczesności", jak to Bauman nazywa (inaczej postmodernizmu).

Bauman zwraca uwagę na to, że przed narodzinami kapitalizmu w zasadzie nie istniało takie pojęcie jak biznes czy "działalność gospodarcza". Przez wieki - przed powstaniem pierwszych fabryk - jedynymi istniejącymi formami "działalności gospodarczej" (wtedy tak oczywiście nie nazywanej) był handel i rzemiosło (rolnictwa nie postrzegano w takich kategoriach - jako dostarczające żywności, czyli rzeczy absolutnie podstawowej i niezbędnej do życia, było ono traktowane jako coś zupełnie odrębnego). Bycie kupcem czy rzemieślnikiem to nie był tylko zawód, coś co wykonywało się niezależnie od swojego życia prywatnego - wręcz przeciwnie, było to częścią tego życia, rolą i identyfikacją społeczną i funkcją danej osoby w społeczności. Dla mieszkańców wioski czy miasteczka kowal był kowalem, a młynarz młynarzem - mogli nawet nie znać ich z nazwiska, ale znali ich właśnie z roli, jaką ta osoba w społeczności pełniła.

Jeżeli kupiec czy rzemieślnik był nieuczciwy w "biznesie", przekładało się to na jego życie prywatne - człowiek taki podlegał ostracyzmowi społecznemu, nikt nie chciał utrzymywać z nim kontaktów, co było skuteczniejszą karą niż jakakolwiek, którą mógłby wymierzyć np. królewski sąd. A "zmiana zawodu" nie wchodziła w grę, bo i zawodów jako takich - i innych możliwości pracy - jeszcze wtedy nie było. Jeżeli byłeś kupcem czy rzemieślnikiem, to byłeś nim do końca życia - i jeżeli miejscowa społeczność odwróciła się od ciebie, skazany byłeś na klepanie biedy (chyba, że byłeś jedynym rzemieślnikiem w swoim fachu w wiosce - ale i tak wtedy kontakty ograniczały się do koniecznych transakcji, prywatnie nikt nie chciał cię znać), ewentualnie (jeśli było cię na to jeszcze stać) na wyjazd i próbę rozpoczęcia nowego życia w innej miejscowości.

Kapitalizm zmienił stosunki społeczne o tyle, że pojawiła się praca najemna, inne możliwości zarobkowania, pojawił się też bezosobowy "rynek", na którym kupowało się potrzebne produkty czy usługi (już nie od konkretnego kupca czy rzemieślnika, który zawsze mógł powiedzieć "za to, że oszukujesz, nic ci nie sprzedam" - ale właśnie "na rynku"). Sam ostracyzm społeczny przestał już być wystarczającym rygorem do tego, aby zmuszać "biznesmena" do uczciwego i przyzwoitego postępowania. I w tym właśnie czasie na arenę wkraczają państwa narodowe ze swoimi systemami prawnymi. Bauman - ale i wielu innych socjologów czy politologów - zwraca uwagę na to, że powstanie nowoczesnych państw narodowych ściśle wiąże się z rozwojem kapitalizmu, i że powstały one właśnie (między innymi) po to, aby narzucić rygory prawne rodzącemu się biznesowi i kapitałowi, i tym samym zapewnić pewną równowagę między kapitalistami a społeczeństwem oraz nadrzędność władzy państwowej, gdy presja w sferze społeczno-obyczajowej przestała już być do tego wystarczająca.

I to było mentalne podłoże, na którym wyrosły demokratyczne państwa Europy Zachodniej. Całe pokolenia żyły w państwach kierujących się - mniej lub bardziej, ale jednak - prawem, i broniących - mniej lub bardziej, ale jednak - interesów swoich obywateli. Obywatel mógł mieć zaufanie do państwa i prawa i wiedział, że może liczyć na pomoc jego instytucji w trudnej sytuacji. To stało się częścią zbiorowej mentalności tych społeczeństw.

Neoliberalizm po raz kolejny zmienił tę umowę społeczną. Państwo przestało równoważyć interesy obywateli i kapitału - stanęło jednoznacznie po stronie tych drugich. Wspominałem już tutaj w innej notce o tym, że takim właśnie manifestem neoliberalizmu jest charyzmatyczna, ewangeliczna wręcz przemowa Arthura Jensena z filmu "Sieć" Sidneya Lumeta (1976 r.), przedstawiająca państwo jako korporację, która broni interesów innych korporacji. Neoliberalizm postawił biznes na pierwszym planie i dał mu absolutną wolność. Na tym polegają opisywane przez Baumana "rewolucje menedżerskie", które Bauman określa również jako "emancypację biznesu". Emancypacja ta polega na tym, że po pierwsze - biznes został oderwany od życia prywatnego i uznano, że zasady uczciwości i przyzwoitości w nim nie obowiązują. Uczciwym i przyzwoitym można być w życiu prywatnym, natomiast w biznesie trzeba być przede wszystkim bezwzględnym i skutecznym. Wtedy to powstało słynne, paskudne powiedzenie "to nic osobistego, to tylko biznes", mające być usprawiedliwieniem tego, że w relacjach biznesowych możesz komuś zrobić największe świństwo - a on nie powinien się czuć tym urażony, bo "to nic osobistego, to tylko biznes". Po drugie - biznes do tej pory miał swoją ściśle określoną "działkę" w państwie i społeczeństwie i spraw spoza tej "działki" (takich jak np. instytucje szeroko rozumianego państwa opiekuńczego, czy kultura i sztuka) nie próbowano poddawać zasadom biznesowym. Neoliberalizm twierdził, że zasady biznesowe muszą obowiązywać wszędzie, wszystko w państwie musi być opłacalne i musi na siebie zarabiać, a jeśli nie zarabia - to najwyraźniej jest źle zarządzane. De facto w ten sposób państwo narodowe wraz z jego prawem i instytucjami zostało zmarginalizowane: zasady biznesowe stały się nadrzędne nad prawem państwowym.

Ta ideologia - bo przecież w sposób oczywisty jest to ideologia! - musiała zostać znakomicie sprzedana PR-owo, skoro nabrały się się na nią społeczeństwa na całym prawie świecie - nie tylko tym wysoko rozwiniętym. Przede wszystkim, bardzo usilnie udawała, że ideologią nie jest - twierdziła, że konieczność podporządkowania wszystkiego regułom biznesowym to tylko "zdrowy rozsądek" i "naturalne prawa ekonomii", mające rzekomo uniwersalny charakter. Gdyby się nad tym chwilę zastanowić, to bardzo jest dziwne, że te "uniwersalne" prawa zaczęły funkcjonować dopiero od lat 70-80, a wcześniej przez całe wieki świat jakoś funkcjonował na innych zasadach, nie poddając wszystkich sfer życia zasadom biznesowym. Ale wszelkie próby zastanowienia nad tym faktem propaganda gromko zagłuszała, neoliberalna ekonomia stała się nową uniwersalną religią, a ekonomiści jej kapłanami głoszącymi prawdy rzekomo obiektywne i niewzruszone niczym prawa fizyki. Margaret Thatcher, obok Ronalda Reagana główna polityczna propagatorka neoliberalizmu, ukuła tyleż bzdurne, co popularne hasło, że "nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo; są tylko pojedynczy mężczyźni i kobiety" - i w tę bzdurę, mimo jej ewidentnie bzdurnego charakteru, uwierzyły miliony ludzi na całym świecie. Bzdurność takiego podejścia do sprawy najlepiej obnażył znany amerykański astrofizyk Carl Sagan, w swoim również słynnym powiedzeniu, że "gdybyś miał całkowicie sam upiec szarlotkę, to musiałbyś najpierw stworzyć cały Wszechświat". Wszyscy jesteśmy w tym, co robimy, zależni od pracy tysięcy innych ludzi i nieustannie korzystamy z owoców ich pracy - w tym także z dorobku tych, którzy żyli wiele lat przed nami. Cóż to jest innego, jak nie wręcz definicja społeczeństwa?

Jednak neoliberalizm zastąpił w swojej narracji tę realną pracę tysięcy innych członków społeczeństwa abstrakcyjnym pojęciem "rynku", tworząc iluzję, że "rynek" to byt sam w sobie, który istnieje niezależnie od innych ludzi i społeczeństwa, i że niezależnie od nich na "rynku" zawsze będziemy mogli kupić potrzebne nam dobra, a sprzedać naszą pracę czy usługi (i tu znowu warto by się zastanowić - a od kogo będziemy to kupować czy komu sprzedawać, jeśli nie innym ludziom?). Takie podejście - że każdy jest samotną, niepowiązaną z innymi jednostką funkcjonującą na abstrakcyjnym "rynku" - faktycznie spowodowało rozpad więzi społecznych. Po co mam myśleć o innych, po co mam robić cokolwiek dla innych, po co myśleć o czymś takim jak dobro wspólne, jeśli jestem tylko ja i "rynek" - i tylko ja sam o siebie mogę zadbać, nikt nie zadba o mnie ani ja o nikogo? W ten sposób hasło Thatcher stało się samosprawdzającą się przepowiednią - wdrażanie go w życie faktycznie doprowadziło do rozpadu społeczeństwa, które rzeczywiście w chwili obecnej w szybkim tempie zmierza do stania się tylko zbiorem luźnych jednostek.

Początek neoliberalizmu był zarazem początkiem faktycznego upadku Zachodu, choć początkowo nie było to widoczne - Reagan, Thatcher i ich ideowi towarzysze sami chyba nie zdawali sobie sprawy z tego, do czego obrany przez nich kierunek ostatecznie doprowadzi. Dzisiaj jednak już to widzimy z całą jaskrawością: przypływ nie "podnosi wszystkich łodzi", jak twierdzili piewcy neoliberalnej ekonomii. Bogaci stają sie jeszcze bardziej, niewyobrażalnie wręcz bogatsi, a biedni biednieją, nierówności społeczne stają się coraz bardziej dokuczliwe. Rosną koszty życia, brakuje pracy, a ci, którzy tę pracę mają, i tak zarabiają za mało, ponieważ właściciel firmy musi "oszczędzać", aby zarobić kolejne miliony w dodatku do tych, które już posiada. Część ludzi jeszcze wierzy w mit, że możliwe jest "przeskoczenie" z klasy biednych do klasy bogatych, że kapitalizm daje wszystkim równe szanse - ale większość już zaczyna zdawać sobie sprawę, że jest to tylko mit, nie jest to możliwe i nigdy (przynajmniej od momentu triumfu neoliberalizmu) możliwe nie było, gdyż system neoliberalny pieczołowicie tego podziału pilnuje.

Jednak społeczeństwa Zachodu pamiętają, co było przed neoliberalizmem - pamiętają państwo, które szanowało obywatela i w którym panował względny dobrobyt, gdzie pensja zwykłego robotnika wystarczała na godne życie całej rodziny. Jeśli nawet nie pamiętają tego bezpośrednio młodzi ludzie, którzy protestują (choć protestują nie tylko młodzi), to znają to np. z opowieści swoich rodziców. Upadek Zachodu jest "spadaniem z wysokiego konia": w tak rozwiniętych społeczeństwach neoliberalizm miał bardzo dużo do zepsucia i nie zdążył wszystkiego zepsuć. Wiele rzeczy jeszcze tam działa jak należy, choćby tylko siłą rozpędu. Nie zniszczył neoliberalizm całkowicie np. chociażby ducha wspólnoty, który w Polsce - jak się wydaje - został przez thatcherowską postawę "nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo" prawie zupełnie wypleniony. A żeby się buntować, potrzebna jest właśnie wspólnota; wspólne działanie w imię wspólnych celów. Nie prywatnych, nie indywidualnych - społecznych. I to jest jedna z przyczyn, dla których Polacy się nie buntują.

Kiedy w latach 80 i 90 przechodziliśmy jako państwo z siermiężnego "realnego socjalizmu" w kapitalizm, chyba nikt z nas tak naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, że przejmujemy z Zachodu już zdegenerowaną, neoliberalną formę tego ustroju, która właśnie zaczęła się tam rozwijać. Kapitalizm kojarzył się nam głównie z jego najbardziej widocznym przejawem: półkami w sklepach pełnymi towarów. Kojarzyliśmy sobie tę obfitość towarów z dobrobytem, jakoś nie do końca zdając sobie sprawę, że sama obfitość wcale nie świadczy o tym, że będzie nas stać, aby je kupić. Politycy, którzy ten kapitalizm w Polsce wprowadzali, mówili też o praworządności, demokracji, swobodach obywatelskich, które panują w państwach zachodnich, a które wraz z owym kapitalizmem miały zapanować i u nas. Może sami nie zdawali sobie sprawy - a może zdawali, ale cynicznie kłamali - że mówią o czymś, co już w tym momencie było przeszłością. Tak, Zachód miał państwo prawa, miał swobody obywatelskie, miał dobrobyt, miał demokrację, ale właśnie - miał. Dołączyliśmy do Zachodu w momencie, gdy wszystkie te instytucje zaczynały już powoli, ale nieuchronnie upadać, i z pełnym impetem ochoczo wskoczyliśmy w upadający ustrój, nie zdając sobie z tego sprawy. Zachód nie przyniósł nam kapitalizmu w jego rozkwicie, przyniósł nam kapitalizm w fazie jego upadku. Co do państwa prawa, przejęliśmy jego zewnętrzne pozory, fasady instytucji mających tego prawa strzec (jak chociażby Trybunał Konstytucyjny, o który ostatnio znowu toczą się awantury, które pokazują jak w istocie wygląda "praworządność" w Polsce w wykonaniu obecnego rządu) - ale o działaniu każdej instytucji decydują ludzie, którzy w niej pracują, a tu było już znacznie gorzej: polska mentalność (o czym za chwilę) poszanowaniu prawa i obywatela nie sprzyjała i nie sprzyja. Tu liczy się, kto jest sprytniejszy, cwańszy, silniejszy, kto potrafi innych wystrychnąć na dudka (nie chcę użyć wulgarniejszego określenia, które bardziej by tu pasowało). Tak więc wszystkie te instytucje są w istocie pozorami, fasadą, które nie spełniają swojej roli. Tradycji bycia państwem prawa nigdy w Polsce nie było, więc i obecna Polska takim państwem nie jest. Muszę się przyznać, że kiedy Polska wstępowała do UE, liczyłem na to, że jednym z dobrych skutków tego członkostwa może być pewne wymuszenie tego szacunku dla prawa i utemperowanie polskich urzędników w ich sobiepaństwie. Niestety, nie zdawałem sobie sprawy, że to także i Unia już upadająca, przeżarta i zdegenerowana przez neoliberalizm tak jak inne instytucje Zachodu. Po prostu spóźniliśmy się na zachodnie państwo prawa i demokrację - a może to Zachód zechciał nas dopiero wtedy, kiedy było już na to za późno?

Oczywiście tu warto wspomnieć, że dobrobyt i opiekuńczość państw zachodnich nie wziął się sam z siebie - z dobroci rządzących polityków czy kapitalistów. Niemałe znaczenie miało tu istnienie od I wojny światowej "straszaka" w postaci ZSRR, a po II wojnie całego bloku państw socjalistycznych, które - choć kulawo i nieudolnie - to jednak pokazywały, że przynajmniej formalnie możliwa jest inna niż kapitalistyczna droga rozwoju. To dzięki istnieniu tej pogardzanej obecnie w Polsce "komuny" rządy i kapitał na Zachodzie mogły bać się tego, że miejscowe ruchy socjalistyczne czy związki zawodowe w razie niespełnienia ich postulatów być może zechcą dokonać zmiany ustroju siłą i dołączyć do bloku wschodniego. Lepiej było dać robotnikom to, czego żądali - i w ten sposób strach przed "komuną" zbudował zachodnie państwa opiekuńcze... A jako że neoliberalizm był przeciwstawieniem tego wszystkiego, co reprezentowało sobą państwo opiekuńcze, w jego interesie była likwidacja "straszaka", który mógł służyć ruchom robotniczym za argument przeciwko neoliberalnym przemianom. Warto zatem zadać pytanie: czy zbieżność czasowa rozwoju neoliberalizmu na świecie z buntami społecznymi w krajach Europy Wschodniej - w tym z rewolucją "Solidarności" w Polsce - które to bunty ostatecznie doprowadziły we wszystkich tych krajach do zmiany ustroju na kapitalistyczny i dołączenia do "demokratycznego Zachodu", była li tylko zbieżnością czasową? Dlaczego akurat wtedy Zachodowi tak bardzo zaczęło zależeć na obaleniu socjalizmu w krajach Europy Wschodniej, choć jakoś żył z tym socjalizmem przez poprzednie 40 lat? Wszak wiemy to już na pewno, że wydarzenia w Polsce - i w innych krajach również - były inspirowane i sterowane przez służby amerykańskie. Czy tylko przypadkiem miało to miejsce akurat w tym momencie historii? Likwidacja wspomnianego "straszaka" w początkach rozwoju neoliberalizmu sprawiłaby, że zniknęłaby jedna z głównych przeszkód dla jego nieskrępowanego zapanowania nad światem - co też się i stało.

Inna sprawa, którą warto zaznaczyć, to fakt, że wbrew historycznym i politycznym ignorantom, nazywającym poprzedni ustrój Polski "komunizmem", komunizmu w Polsce nigdy nie było i nikt nie chciał go wprowadzać. Aż do... lat 80-tych i "Solidarności" właśnie.

Jeżeli przeczytamy postulaty i program ówczesnej "Solidarności", znajdziemy tam m.in. postulat utworzenia we wszystkich przedsiębiorstwach państwowych (a nie było wtedy w Polsce dużych przedsiębiorstw innych niż państwowe) rad robotniczych/pracowniczych, które miałyby realnie zarządzać przedsiębiorstwami, w imieniu pracowników i na rzecz pracowników. W wielu przedsiębiorstwach rozpoczęto zresztą w latach 1980-81 faktyczne tworzenie tych rad i proces przejmowania przez nie władzy - szeroko relacjonowała to ówczesna prasa.

Mamy tu do czynienia z jednym z ustrojowych fundamentów systemu komunistycznego - tworzenie takich właśnie rad (po rosyjsku "sowietów") było jednym z założeń Rewolucji Październikowej w Rosji! Nazwa Związku Radzieckiego (zarówno w wersji rosyjskiej jak i polskiej) pochodziła właśnie od tych rad, jednak politycy ZSRR sami wystraszyli się możliwych konsekwencji wprowadzenia takiego ustroju (taki system byłby praktycznie niekontrolowalny przez centralną władzę, która musiałaby się z wszystkimi takimi radami, mającymi dużą autonomię, układać) i wkrótce po rewolucji z tworzenia "sowietów" się wycofali. A zatem nawet tam - pomimo formalnej nazwy rządzącej partii "komunistyczna" i pojawianiu się słowa "komunizm" w oficjalnej retoryce (w Polsce w czasach PRL-u mówiono zawsze tylko o socjalizmie) - z prób wprowadzania tego ustroju zrezygnowano. Chciała go natomiast wprowadzić "Solidarność" w Polsce... Jest zatem absolutną bzdurą propagandowe twierdzenie, że "Solidarność" dążyła do obalenia w Polsce komunizmu. Jest wręcz odwrotnie: "Solidarność" była silnym ruchem robotniczym i jako taki ruch właśnie chciała komunizmu! Takiego, jaki im obiecywano w ideologicznych założeniach tego ustroju, a nie takiego, jaki znaliśmy z rzeczywistości "realnego socjalizmu". Tę pierwszą "Solidarność" zmiótł jednak stan wojenny, a ci, którzy już po stanie wojennym pod tą nazwą zasiedli do negocjacji Okrągłego Stołu, nie reprezentowali już robotników i mówili zupełnie inaczej. Ci faktycznie byli aktywnymi uczestnikami neoliberalnej transformacji - ale "Solidarność" wtedy nie miała już nic wspólnego ze swoim pierwowzorem.

Zakończmy tę dygresję na temat komunizmu, którego nie było, i "wróćmy do naszych baranów". Jak już powtórzyłem dwukrotnie, społeczeństwa Zachodu zetknęły się z neoliberalizmem z punktu widzenia wielopokoleniowych doświadczeń życia w państwie dbającym o obywatela i broniącym jego interesów, państwie opiekuńczym i praworządnym. Jak to natomiast było w Polsce?

Znów, powtarzana tu i ówdzie naiwna propagandowa narracja głosi, że byliśmy społeczeństwem dotkniętym mentalną spuścizną "komunizmu", która ciągle w nas żyje. Tu trzeba wziąć pod uwagę to, co pisał z kolei inny filozof - Andrzej Leder. Po nim potem podjęło ten temat wielu innych autorów - między innymi sam Śpiewak w swoim "Patopaństwie" - ale to Leder chyba jako pierwszy publicznie sformułował tezę, że polska mentalność jest nadal mentalnością folwarczną. Socjalizm w Polsce panował nieco ponad 40 lat, pańszczyzna przez wieki. To ona odcisnęła na mentalności Polaków znacznie głębsze piętno niż PRL, który Leder nazwał w swojej książce "prześnioną rewolucją". "Prześnioną", gdyż Leder stawia tezę, że Polacy potraktowali lata PRL-u jak zły sen, który minął, i powrócili do tego, co było przed zaśnięciem. Ten okres nie pozostawił w naszym narodzie - wbrew propagandowym twierdzeniom o "piętnie komunizmu" - żadnego większego mentalnego śladu, choć w sferze fizycznej, materialnej, mierzalnej, przyniósł wielkie zmiany (np. likwidacja analfabetyzmu, elektryfikacja, masowa budowa szkół, przychodni, szpitali, wreszcie mieszkań! - z większości tej infrastruktury korzystamy do dzisiaj) - dlatego "rewolucja". Naród polski nie skorzystał jednak z szans rozwoju, które ta rewolucja ze sobą przyniosła - nie skorzystał, bo "spał". A takie szanse były i nie sposób ich PRL-owi odmówić - chociażby możliwości awansu społecznego na skalę niespotykaną dotąd w historii Polski, i nieistniejącą nawet obecnie. Przez całe wieki jeśli byłeś w Polsce chłopem, to byłeś chłopem; jeśli byłeś szlachcicem, to byłeś szlachcicem; możliwość przejścia z jednej klasy społecznej do innej praktycznie nie istniała. Choć zaborcy zlikwidowali na terenach Polski pańszczyznę, po odzyskaniu niepodległości stosunki folwarczne de facto odtworzyły się w Polsce międzywojennej - tyle, że niegdysiejsza szlachta przeobraziła się w inteligencję. Bariery pomiędzy klasami społecznymi były nadal bardzo sztywne i praktycznie nie do przekroczenia (chyba, że np. przez małżeństwo biednej dziewczyny z arystokratą - co jest tematem choćby wielu filmów z tamtego okresu, a zatem musiało być czymś, co pobudzało zbiorową wyobraźnię). W przeciwieństwie do tego, w PRL-u istniały realne szanse awansu społecznego: ogromna liczba dzieci chłopskich i robotniczych skończyła studia, została np. lekarzami czy prawnikami (dając początek obecnym "dynastiom" lekarskim czy prawniczym, gdzie znów dostęp do tych zawodów jest praktycznie zamknięty), bardzo potrzebnymi w odbudowującym się państwie inżynierami, czy nawet trafiła do struktur władz państwowych. Pod tym względem to było państwo naprawdę dające każdemu szansę - o wiele bardziej, niż we współczesnej Polsce, gdzie więzy zamykające młodego człowieka w obrębie jego klasy społecznej - w postaci przede wszystkim sieci różnego rodzaju powiązań towarzysko-rodzinnych (tzw. "kapitału społecznego"), bez których można zapomnieć o pracy w "dobrym miejscu", nawet jeśli skończyło się studia (które już coraz mniej znaczą) - są może znacznie mniej widoczne niż za czasów pańszczyzny czy Polski międzywojennej, ale nie mniej skuteczne.

Mentalność pańszczyźniana, gdzie szlachcic jest de facto właścicielem pracującego dla niego chłopa (choć pańszczyzna formalnie nie była niewolnictwem, chłop był teoretycznie człowiekiem wolnym, ale jeśli pan mógł nałożyć na chłopa dowolne obowiązki, a bez zgody pana chłopu nie wolno było przenieść się do innej wsi, to czym to się w istocie od niewolnictwa różniło?), stanowiła dla neoliberalizmu idealną glebę, w której ten mógł rozkwitnąć. Polak po prostu zaakceptował to, że kapitalista go wyzyskuje - bo tak samo szlachcic wyzyskiwał jego przodków; że szef pod byle pozorem karze go za wyimaginowane przewinienia w pracy odbierając część wypłaty - bo przecież tak samo pański ekonom bił jego przodka batem, gdy pracował zbyt wolno lub na chwilę się zatrzymał. Przyjęliśmy, że kapitalista po prostu "ma prawo" nami pomiatać, bo takie prawo miał pan feudalny. A skoro kapitalista "ma takie prawo", to "ma takie prawo" i urzędnik, i polityk, i burmistrz czy wójt - bo jako przedstawiciele władzy, są to członkowie tej samej "klasy panów", tej samej "szlachty", która po prostu "ma prawo" nami, chłopami, pomiatać, bo tak już ten świat jest od zawsze urządzony...

Ręka w rękę z tymi folwarcznymi emocjami, przeważnie głęboko nieuświadomionymi, ale bardzo mocno obecnymi w naszym w większości przecież mającym chłopski rodowód społeczeństwie, neoliberalna propaganda przekonywała nas, że tak właśnie wygląda ten wspaniały ustrój, do którego tęskniliśmy: że musimy wypruwać z siebie żyły, aby mieć prawo dostać minimalną wypłatę, która ledwo starcza na życie, że nie możemy oczekiwać niczego od państwa, bo mamy liczyć tylko na siebie - w przeciwnym razie jesteśmy "roszczeniowi" i stanowimy przykład "homo sovieticusa", który nie potrafi bądź nie chce się dostosować do nowej rzeczywistości - a ta rzeczywistość jest przecież "zdroworozsądkowa", oparta na "uniwersalnych prawach ekonomii", więc po prostu nie może nie być dobra i słuszna. Jest dobra i słuszna, a jeśli ją kwestionujemy, to z nami jest coś nie tak. I dlatego jest tak, jak napisał Śpiewak: "buntujemy się" w wymiarze indywidualnym. Odchodzimy ze złej pracy szukając lepszej; idziemy do prywatnego lekarza za własne pieniądze, gdy publiczna służba zdrowia każe nam czekać na wizytę dwa lata; zapisujemy dzieci do znacznie droższego prywatnego przedszkola, gdy w publicznych brak miejsc. Ja dodałbym do tego jeszcze jeden istotny aspekt: wszelkiego rodzaju akcje charytatywne. Zamiast domagać się lepiej działającej służby zdrowia, wrzucamy pieniążka do puszki Owsiakowi na sprzęt dla szpitali, wychwalając pod niebiosa tego sprytnego celebrytę, który w charytatywnych zbiórkach znalazł sobie genialny sposób na autopromocję, i przy okazji utwierdzając się we własnej zajebistości, jacy to jesteśmy super, że pomagamy.

I to jest dokładnie to, czego oczekuje od nas system neoliberalny: że będziemy próbowali walczyć z problemami systemowymi działaniami indywidualnymi - co jest z góry skazane na porażkę i z żadnym takim problemem sobie w ten sposób nie poradzimy. Że nie zjednoczymy się i nie wystąpimy wspólnie w żadnej sprawie, bo nauczono nas, że "nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo", że "państwo nie jest od tego, aby nam cokolwiek dawać" i że jeżeli czegoś się domagamy, to jesteśmy "roszczeniowi". Taką twarz kapitalizmu nam przedstawiono, kiedy przyjmowaliśmy go w latach 90, wmówiono nam, że nie ma innej alternatywy, i że wszędzie i zawsze tak to wygląda - nie wspominając słowem o tym, że jeszcze niedawno na Zachodzie wyglądało to zupełnie inaczej, i częściowo tak wygląda jeszcze do tej pory, tam, gdzie neoliberalizm nie popsuł wszystkiego. Ale "to niedobra jest, po co o tym wspominać?"

I dlatego się nie buntujemy. I nie zbuntujemy się, bo pierwszym etapem do tego musiałoby być uświadomienie sobie, jaką bzdurę "łyknęliśmy" i jakie spustoszenie w naszych umysłach zrobiła mieszanka piorunująca folwarcznej mentalności z neoliberalną propagandą. Zachód miał to drugie, ale nie miał tego pierwszego - jego zupełnie inna podbudowa mentalna pozwoliła w jakimś stopniu przed wpływem tej neoliberalnej propagandy się uchronić. My łyknęliśmy tę propagandę niczym chrześcijanin Eucharystię. Przepraszam za porównanie, ale takie mi akurat przyszło do głowy, a nie jest ono nieuzasadnione - bo przecież wielu z nas było (a nawet może jeszcze jest?) gotowych błogosławić swoich gnębicieli za to, że przynieśli im ten ukochany, wyczekiwany kapitalizm i zbawili ich od tego "strasznego" socjalizmu (którego często w ogóle nie znają, bo urodzili się już po 1990 r. - wiedzą o nim tyle, co im propaganda powiedziała).

Przeciwko "realnemu socjalizmowi" Polacy mogli się zbuntować (choć inna sprawa, ile w tym buncie było faktycznie oddolnego społecznego zrywu, a ile zewnętrznej inspiracji z zagranicy) nie tylko dlatego, że wtedy jeszcze stanowili wspólnotę i mieli więzi społeczne; nie tylko dlatego, że mieli liczną klasę robotniczą, która czuła swoją siłę (a którą niedługo potem neoliberalna transformacja, bezlitośnie likwidując fabryki, praktycznie wyeliminowała). Jedna z podstawowych różnic jest taka, że w PRL-owską propagandę nikt nie wierzył. Każdy wiedział, że "telewizja kłamie". W związku z czym w krytycznej sytuacji każdy wiedział, w co wierzyć, a w co nie, i po której stronie stanąć.

W propagandę neoliberalną natomiast wielu ludzi autentycznie uwierzyło. Uwierzyło w bzdury o tym, że "nie ma społeczeństwa", że "państwo nie jest od tego, żeby ci coś dawać" i że generalnie w "wolnym" i "demokratycznym" społeczeństwie trzeba radzić sobie samemu, nie licząc na niczyją pomoc. Kiedy telewizja została nazwana "wolnymi mediami", to jakoś dziwnym trafem zapomnieliśmy o tym, że "telewizja kłamie", choć przecież niewiele się zmieniła i kłamać nie przestała. Albo inaczej: uważamy, że kłamie tylko ta reprezentująca przeciwną stronę sceny politycznej, a "nasza" mówi szczerą prawdę. Podczas gdy obie strony są obstawione w istocie przez tych samych neoliberałów. Z przeciwnikiem jawnym, widocznym, któremu nikt nie wierzy, łatwiej walczyć - jak natomiast walczyć z kimś, kto udaje że ideologia nie jest ideologią, propaganda nie jest propagandą, a tak w ogóle żadnego przeciwnika nie ma, bo to są po prostu obiektywne prawa natury? Co ty, z prawami natury chcesz walczyć? Wariat jesteś? I to było mistrzowskie zagranie ze strony neoliberałów - chcesz nie być atakowany, udaj, że cię w ogóle nie ma. Nikt nie będzie walczył z kimś, kogo nie ma. Dlatego wciąż jeszcze w wielu polskich "januszeksach", gdzie mentalność folwarczna przejawia się w najwyższym chyba stopniu, niejeden pracownik, zamiast poprzeć kolegę narzekającego na wyzysk ze strony szefa - "janusza", skrytykuje go np. za "lenistwo" ("jakbyś się nie lenił, to byś zarobił"), popierając tym samym wyzyskującego szefa. Bo wyzysk ze strony szefa jest dla niego czymś w rodzaju "prawa natury", a nie świadomym złym, niewłaściwym działaniem tegoż szefa. A kolejnym kłamstwem, które wmówiła nam neoliberalna propaganda, jest to, że w "demokratycznym" ustroju nie ma konfliktów między klasami społecznymi, bo wszyscy - i szef, i pracownik - jesteśmy jedną wielką klasą średnią. I być może niejeden pracownik wyobraża sobie, że kiedyś to on będzie "januszem" wyzyskującym ludzi (świadczyłaby o tym wciąż jeszcze znaczna liczba osób popierających poglądy gospodarcze takich partii jak Konfederacja), dlatego już teraz się z nim solidaryzuje i staje po jego stronie... Zwłaszcza jeżeli - jak to częste w różnych firmach - został zmuszony do założenia jednoosobowej działalności gospodarczej i pracuje na umowie B2B, którą to nazwę w tej sytuacji można potraktować jedynie jak żart. Mimo że jest tak samo wyzyskiwany i poniewierany, jakby był pracownkiem na etacie - a nawet gorzej, bo pracownik na etacie ma jednak pewne prawa wynikające z Kodeksu Pracy - łączy go przecież ze swoim szefem dumne miano "przedsiębiorcy", a więc praktycznie obaj należą do tej samej grupy społecznej, różnią się zaledwie o niewielki kroczek. Może - i chce - się łudzić, że gdyby tylko się trochę wysilił, to łatwo może ten niewielki kroczek zrobić i zrównać się statusem ze swoim szefem, a może nawet go przegonić... Baju, baju...

I dopóki Polacy będą wierzyć w takie bajki - a wciąż jeszcze wierzą - to się nie zbuntują.

komentarze (0) >>>