Główna >>

RSS

 

Wielki powrót czarodziejki

2011-11-17, zmodyfikowana: 2011-11-18   kategorie: muzyka

A jednak powróciła w pełnej chwale. Jakaś część mnie gdzieś cały czas wierzyła, że jeszcze przyjdzie taki czas, kiedy nie będziemy mówić o niej wyłącznie w czasie przeszłym, kiedy będziemy zachwycać się tym, co tworzy, a nie tym co tworzyła kiedyś; że jeszcze pokaże, iż wciąż jest największa, i że kult, którym ją otaczamy, nie jest sprawą wyłącznie wspomnień dawnej świetności. Ale z drugiej strony gdy odłożyło się na bok marzenia, pojawiała się myśl - może to faktycznie koniec? Czy można wrócić po osiemnastu latach, zwłaszcza że w ciągu tych lat była już jedna nieudana próba? Stworzyła przecież tyle piękna, że wystarczyłoby, by obdzielić dziesięcioro artystów. Nawet geniusz - a może zwłaszcza geniusz? - może się wypalić. Ileż takich "wypaleń" mieliśmy wśród znanych muzyków? U wielu skończyło się to odejściem ostatecznym - opuszczeniem tego świata... Kate nie z tych, którzy by się zabijali, więc w jej przypadku mogło wchodzić w grę raczej samobójstwo artystyczne - zaprzestanie dalszego tworzenia... Zwłaszcza, że wszystko zdawało się na to wskazywać - na wiele lat wycofała się w życie prywatne, wychowywała syna... Rozsądek sugerowałby skłaniać się ku twierdzeniu, że jednak nie powróci. I dlatego cieszę się, że marzenia wygrały z rozsądkiem i możemy znów podziwiać Kate Bush pełną swojej magii :)

Amerykańskie National Public Radio po raz drugi umożliwiło nam przedpremierowe posłuchanie nowej płyty największej artystki współczesnej muzyki - 50 Words for Snow. (Dzięki ci, NPR! Tak właśnie wygląda prawdziwa misja radia publicznego...) Ta opowieść o Kate Bush i jej najnowszej płycie będzie zaczynać się kilka razy, bo jest wiele różnych końców, od których chciałbym ją zacząć, i wiele wątków, którymi chciałbym ją poprowadzić... Miejmy nadzieję, że na końcu wszystkie te wątki splotą się w jakąś całość :).

Więc powróciła. Gdzieś tak od trzech lat co jakiś czas marzyło mi się, że jestem na jej koncercie (może i to marzenie się kiedyś spełni?). To pierwszy koncert od wielu lat, jej powrót na scenę i być może pożegnanie z nią zarazem. Na scenie jest tylko ona i fortepian - tak jak za dawnych czasów, kiedy jako nastoletnia dziewczynka dopiero zaczynała swoją karierę. I rozbrzmiewają piosenki z tamtych czasów właśnie - Kate wykonuje nigdy dotąd oficjalnie nie wydane utwory z legendarnej "taśmy z Phoenix" ;)

I w zasadzie takie są utwory z "50 Words for Snow" - oparte głównie na fortepianie i jej głosie, który z wolna snuje opowieści... Kate nigdy nie miała w poważaniu klasycznego schematu zwrotka-refren-zwrotka-refren, ale na tej płycie zerwała z nim całkowicie - trudno tu znaleźć nawet ślad klasycznej piosenkowej formuły. Ale nie oznacza to bynajmniej - na szczęście! - ambientowego monotonnego plumkania, idealnego dźwiękowego tła, które jednak jest zarazem idealnie nieprzystępne i nie pozwala słuchaczowi wniknąć głębiej w to, co przedstawia (o ile coś przedstawia). Kate spróbowała przygody z ambientem raz, na wydanym w 2005 roku albumie Aerial, który moim skromnym zdaniem stanowił jedyną porażkę i całkowicie nieudaną płytę w jej karierze. Cóż, nie był to najlepszy czas dla Kate. Gdy w 1989 roku pisałem - zamieszczony tu na stronie - tekst o jej muzyce, właśnie osiągnęła - jak można zobaczyć z dzisiejszej perspektywy - szczyt swojej kariery. Po absolutnie genialnej płycie "The Dreaming" i rewelacyjnej "Hounds of Love" pojawiło się w jej muzyce coś, czego na dotychczasowych pięciu płytach nie było nigdy - w niektóre utwory zaczęła wkradać się monotonia... Jeszcze stosunkowo mało zauważalna na "The Sensual World", za to bardzo już wyraźna na kolejnej płycie, "The Red Shoes". Kate zaczęła się wypalać, czemu zresztą - jak pisałem wcześniej - nie ma się co dziwić. Nie ma drugiego takiego wykonawcy - włączając w to nawet samych Beatlesów czy Pink Floyd - na którego pięciu kolejnych płytach, i to poczynając od pierwszej, debiutanckiej, znalazłoby się tyle tak znakomitej muzyki. Niektórzy krytycy wszystkie te pięć płyt zaliczają do kanonu światowego rocka, co jest absolutnym ewenementem w odniesieniu do jakiegokolwiek artysty (no ale Kate była i jest miarą sama dla siebie...). W końcu może zabraknąć pomysłów...

A potem przyszły dramatyczne wydarzenia w jej życiu prywatnym - śmierć matki, gitarzysty Alana Murphy'ego i kilku innych bliskich osób, zerwanie związku z Delem Palmerem, który podczas pracy nad pierwszymi pięcioma płytami był zawsze jej "dobrym duchem", uczestniczącym w procesie powstawania wszystkich utworów, i nowy związek z gitarzystą Dannym McIntoshem. Na dwanaście lat o Kate przestało być cokolwiek słychać, nie licząc okazjonalnego pojawiania się na uroczystościach, na których honorowano ją rozmaitymi nagrodami. "Aerial" był chyba próbą przekonania samej siebie, że mimo wycofania się w życie prywatne i opieki nad dzieckiem nadal jest w stanie tworzyć. Najwyraźniej jednak to jeszcze nie był ten czas - najwyraźniej Kate potrzebowała jeszcze kolejnych sześciu lat, aby powrócić naprawdę, znów największa jak kiedyś - dokładnie w to samo miejsce na szczycie muzycznego światka, z którego zniknęła w 1993 roku po "The Red Shoes" (choć tak naprawdę nigdy do końca nie zniknęła, bo pamięć fanów wciąż utrzymywała na tym szczycie czekające na jej powrót puste miejsce. Doczekało się :))

To, co zawsze było jedną z najbardziej niezwykłych rzeczy w muzyce Kate Bush, to swoista dramaturgia jej utworów. Słysząc początek utworu, nigdy nie można było być pewnym, jak on się skończy i co będzie się działo pośrodku. Każda piosenka była właściwie minispektaklem teatralnym (nawet jeżeli był to teatr tylko dźwiękowy) z akcją, narracją i fabułą ;). I to spektaklem wciągającym. Wystarczyło posłuchać kilku jej utworów, aby "wsiąknąć" bez reszty w ten styl opowiadania i chcieć podążać za opowieścią tam, gdzie głos Kate nas poprowadzi... Wydaje mi się, że ta niezwykła magiczność jej muzyki wynikała stąd, że Kate połączyła w niej dwie rzeczy wydawałoby się absolutnie niemożliwe do połączenia: wyrafinowaną, szlifowaną do perfekcji formę artystyczną ze strumieniem pierwotnych, surowych emocji przekazywanych z ogromną siłą. Te emocje właśnie były tym, co tak z miejsca "przykuwało" uwagę do tej muzyki. Kate - pomimo iż nie pisała stricte o sobie, wyraźnie oddzielała siebie od podmiotu lirycznego swoich piosenek, a jej teksty traktowały zwykle o jakichś niezwykłych sprawach i historiach - była w tym, co robiła, do bólu autentyczna. Rzadko spotyka się muzykę niosącą tyle emocji - emocji na bardzo głębokim, wręcz biologicznym poziomie - co jej kompozycje. Dlatego też w sumie nie dziwi, ze na pierwszej i jedynej trasie koncertowej Kate Bush z 1979 roku sporą część publiczności stanowili... punkowcy, którzy wyrażali się o niej samej i o jej muzyce z ogromnym uznaniem. W kręgach punkowych zresztą Kate była i jest bardzo szanowana. Znamienny jest np. fakt, że John Lydon "Rotten", wokalista zespołu Sex Pistols, który żyje ze swojego wizerunku estradowego polegającego na publicznym obrażaniu wszystkich, jest wielkim fanem Kate Bush i jest ona jedyną osobą, o której nigdy nie odważył się powiedzieć niczego złego; wręcz przeciwnie, publicznie deklarował uwielbienie dla jej muzyki.

Ten pozorny paradoks uznania dla Kate w kręgach punkowych wydaje się łatwy do wytłumaczenia, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że Kate jest w istocie najbardziej niepokorną i niezależną artystką na całej scenie muzycznej. Począwszy od swojej pierwszej płyty praktycznie realizuje to, o czym buntowniczy punkowcy zazwyczaj tylko krzyczeli: robi to, co chce, nie pozwalając nikomu innemu mieszać się w jej sprawy i decydować o niczym, co dotyczy jej muzyki. Kiedy wytwórnia EMI chciała umieścić na singlu promującym "The Kick Inside" inną piosenkę, niż to sobie wymyśliła Kate, ta postawiła sprawę prosto: albo będzie tak, jak ona chce, albo nie będzie w ogóle. I wytwórnia musiała ustąpić, bo to wytwórni bardziej zależało na wydaniu płyty niż samej artystce - ta ostatnia wydaje się być (zresztą do dzisiaj) zupełnie niezainteresowana promowaniem swojej twórczości... Kto inny mając w wieku kilkunastu lat napisanych około dwustu piosenek nigdy by ich nie opublikował? Kto inny kompletnie ignorowałby możliwość reedycji na DVD jedynej istniejącej rejestracji swojego koncertu, będącej obiektem pożądania fanów, a dostępnej wciąż jedynie na wydanych lata temu starzejących się taśmach VHS? (na szczęście w tym przypadku nie zawiedli sami fani, i pięknie - choć piracko ;) - zrekonstruowana cyfrowo wersja DVD koncertu z Hammersmith Odeon jest dostępna w sieci :)).

Ale powróćmy do 50 Words for Snow. Kate tym razem nie zawiódł talent - jest to płyta w jej najlepszym stylu, niczym powrót do tych pierwszych pięciu wielkich krążków, o których już pisałem. Zawiódł ją za to osłabiony upływem czasu głos. Dalej ma tę samą emocjonalną głębię, ale nie jest w stanie już tak, jak kiedyś oscylować między różnymi wysokościami dźwięku, zmieniać linii melodycznej w ułamku sekundy i nagle przechodzić z szeptu w dziki krzyk. A szkoda, bo jest na tej płycie parę takich momentów, które aż prosiłyby się o zwieńczenie dzikim krzykiem w stylu Kate, jaki dobrze pamiętamy z tamtych dawnych płyt. Ale tym piękniej jest słuchać, jak artystka wspaniale poradziła sobie wobec tych niedostatków. Nie mogąc zapewnić nam - jak na "The Dreaming" - strumienia emocji przeszywających nas dreszczem od stóp do głów, postawiła na nastrój i malowane dźwiękiem obrazy. To chyba pierwsza płyta Kate, podczas słuchania której, gdy zamkniemy oczy, niemal widzimy w prawie filmowych scenach opowiadaną przez artystkę historię.

"The Dreaming" wspomniałem tutaj nieprzypadkowo. Kate wielokrotnie twierdziła, że ta płyta była w jej artystycznym rozwoju momentem szaleństwa, które potrzebowało ujawnienia. Na "The Dreaming" Kate przełamała wszystkie wyobrażenia wszystkich o tym, czego mogli się po tej płycie spodziewać (swoje zapewne także ;)). Obecna płyta jest natomiast swoistą konsekwencją "The Dreaming" - o ile "The Dreaming" było szaleństwem i przełamaniem pewnych muzycznych granic, o tyle "50 Words for Snow" jest całkowitym wyzwoleniem i brakiem jakichkolwiek granic. Słuchając tej płyty czuje się, że jej autorka jest wyzwolona od wszystkich muzycznych form, nie musi już pamiętać o żadnych zasadach i regułach, bo nie ma już żadnych form, zasad i reguł. Jest tylko to, "co jej w duszy gra" i płynie sobie tak jak chce - a my płyniemy wraz z tą falą, bo jedno się nie zmieniło w stosunku do tamtych wielkich płyt: intensywność, z jaką pogrążamy się w tę muzykę. Choć spokojna, ma ona jednak ogromną wewnętrzną dynamikę i napięcie, którym przykuwa naszą uwagę - "znak firmowy" Kate i to, co tak cenimy w jej muzyce.

Wspomniana słabość głosowa powoduje, ze Kate wspiera się na tej płycie głosami innych osób i tu jest właściwie jedyne zastrzeżenie, jakie mam do tego krążka. A jest nim wykorzystanie w pierwszym utworze "wokalu" syna Kate, Alberta. Niestety, Albert nie umie ani śpiewać, ani melorecytować - śpiewając fałszuje, a zarówno w śpiewie jak i w recytacji brakuje mu jakichkolwiek zdolności aktorskich, ekspresji i intonacji. Słucha się tego z pewnym rozdrażnieniem - cóż, wydaje się, że w tym przypadku matczyna miłość zasłoniła perfekcjonistce Kate nieco uszy i wygrała z perfekcjonizmem... Na szczęście Bertie (jak go Kate nazywa) męczy nasze uszy tylko przez jeden utwór, a potem jest już tylko dobrze ;).

A zatem NPR udostępniło nam do posłuchania najnowszą płytę Kate. Zrobiłem sobie filiżankę dobrej herbaty, włączyłem odtwarzanie, zapadłem w fotel i w muzyczną zimową krainę Kate. Płyta się skończyła, a ja chyba z dobre półtorej minuty się nie zorientowałem, że to już. Taka właśnie była moja pierwsza reakcja, gdy się zorientowałem: "to już?" Bo nieprawdopodobnie szybko zleciała ta godzina. Chciałoby się w tej niezwykłej krainie pozostać jeszcze...

Jejciu, jakie to jest piękne. I utwór "Wild Man", do którego jakoś nie mogłem się przekonać, kiedy pojawił się na singlu, tutaj jest idealnie na swoim miejscu. Jejciu, jakie to jest piękne. Wierzyłem, wierzyłem że ona jeszcze zachwyci nas czymś równie pięknym, jak jej pierwsze płyty!

Idę słuchać jeszcze raz. Dobranoc.

komentarze (0) >>>