Najnowsze wpisy ⇓

Co to jest muzyka? Muzyka to jest szczęście w pigułce :) - taka najkrótsza odpowiedź na to pytanie przyszła mi niedawno do głowy...

Music was my first love, and it will be my last, music of the future and music of the past. To live without my music would be impossible to do; in this world of troubles my music pulls me through. Te słowa - stanowiące cały tekst utworu Music Johna Milesa (zresztą artysty jednego przeboju; poza tym utworem prawie nikt o nim nie słyszał) - mógłbym w stu procentach odnieść do siebie. Muzyka od zawsze była i jest dla mnie czymś bardzo ważnym w moim życiu, i tą jego sferą, która dostarcza mi największych wzruszeń.

Ba! Muzyka, ale jaka? Przede wszystkim niebanalna, niosąca w sobie "coś" - a dalej to już może być w dużym zakresie dowolnie. Chociaż skoro wychowywałem się na audycjach Piotra Kaczkowskiego (zwłaszcza tych nocnych z lat 80-tych, w ostatnie soboty każdego miesiąca - tak się to zaczynało...), to chyba wiadomo, co kocham najbardziej... Z "muzyki różnej i różniastej" najbliższe mi są złote lata rocka - jak określa to Jerzy Skarżyński, drugi z prezenterów muzycznych, którzy wywarli na mnie wielki wpływ (przez długie lata byłem stałym gościem organizowanych przez niego prezentacji płyt w krakowskim klubie "Pod Przewiązką") - czyli mniej więcej od "Sierżanta Pieprza" Beatlesów do "Ściany" Pink Floyd. Oczywiście nie znaczy to, że nie słucham niczego nowszego ani starszego; liczy się przecież nie czas powstania, lecz brzmienie muzyki i emocje, jakie ona we mnie wywołuje.

A są to brzmienia głównie z kręgu ambitnego, tzw. progresywnego rocka - choć dziś już nie bardzo wiadomo, co to określenie znaczy... Na pewno kojarzy się z takimi artystami jak Kate Bush, Peter Gabriel, Roger Waters, Peter Hammill, Genesis, Pink Floyd, Yes, Marillion - to tylko niektórzy z moich ulubionych. W muzyce rockowej zachwyca mnie przede wszystkim jedna rzecz - ogromna różnorodność stylów, nastrojów, brzmień, instrumentów... W rocku znajdziemy wszystko: od spokojnych ballad po ostry metal, od wyrafinowanych eksperymentów formalnych spod ręki Kate Bush po proste, niemal popowe piosenki Electric Light Orchestry. Dodatkowo, jest wiele stylów muzycznych leżących na pograniczu rocka i innych gatunków, które też mogą przynieść wiele ciekawej muzyki...

Jednym z takich stylów była popularna w latach 70. i 80. tzw. muzyka elektroniczna, którą kiedyś bardzo się fascynowałem. Tak ją wówczas nazywano, chociaż nie tylko na elektronicznych instrumentach była grana. Bardziej pasowałoby określenie "muzyka multiinstrumentalna" - bo jej najbardziej charakterystyczną cechą było to, że tworzył ją zazwyczaj jeden człowiek grający na wielu różnych instrumentach (multiinstrumentalista) - niemieckie trio Tangerine Dream było tu chyba jedynym wyjątkiem. Był to dość wąski gatunek muzyczny, w którym funkcjonowało kilku, może kilkunastu znanych artystów - wspomniani już Tangerine Dream, Klaus Schulze, Jean-Michel Jarre, Mike Oldfield, Ryuichi Sakamoto, Kitaro, Andreas Vollenweider (chociaż ten wolał raczej kompozycje orkiestrowe) no i oczywiście Vangelis - kogoś pominąłem? Uwielbienie dla tego stylu już mi jednak przeszło, co nie oznacza że przestałem go lubić - Vangelisa czy Oldfielda z wielką przyjemnością słucham do dziś...

Podobno generalnie miłośnicy rocka dzielą się na dwie grupy - na tych, którzy kochają Beatlesów, i tych, którzy uwielbiają Rolling Stonesów. Ja jestem zdecydowanie po stronie tych pierwszych. To od Beatlesów się wszystko zaczęło, więc nie można ich nie kochać... Poza tym potrafili zagrać niemal wszystko: na ich płytach mamy przekrój stylów od muzyki prawie kabaretowej do heavy rocka, którego nie powstydziliby się mistrzowie tego gatunku - Led Zeppelin... Trudno znaleźć w muzyce rockowej jakiś styl, którego prapoczątku nie dałoby się gdzieś usłyszeć na którejś płycie Beatlesów - na tym tle jednostajne łojenie Stonesów wypada co najmniej blado... To nie znaczy, że nie lubię mocnego grania, ale nie znoszę w muzyce monotonii. A Stonesi niestety dla mnie monotonni są.

Słucham oczywiście nie tylko rocka. Mam sentyment do artystów określanych z angielska jako singer-songwriter, a u nas zwanych czasem bardami. Wielu z nich mieści się w ramach szeroko pojętego rocka - jak chociażby Simon and Garfunkel, Leonard Cohen czy nasz rodzimy Tadeusz Woźniak (to ten od "Zegarmistrza światła", ale mało kto wie, jak wiele innych rewelacyjnych utworów nagrał - ostatnio wpadła mi w ręce jego płyta z serii "Złota kolekcja" i wpadłem w zachwyt...), ale tacy np. Bułat Okudżawa, Jacques Brel czy Marek Grechuta to już nie rock, a też ich lubię... Za to za otaczanym kultem Jackiem Kaczmarskim raczej nie przepadam - może dlatego właśnie, że jest zbyt uwielbiany - a jego "Murów" wręcz nie lubię. Ale i on ma swoje perełki, nad którymi warto się pochylić: zwłaszcza "Autoportret Witkacego", "Zatrutą studnię" i chyba najwspanialszego ze wszystkich "Stańczyka".

Rzecz jasna, muzyka nie musi być zawsze tak "mocna" i wywołująca wzruszenia "z najwyższej półki". Czasem chce się posłuchać czegoś lekkiego i typowo rozrywkowego - ale znowu, nie monotonnego! Tu mistrzami świata chyba już na zawsze pozostanie wspomniana już Electric Light Orchestra. Posłuchajcie ich płyty "Time": przebój za przebojem - właściwie nie ma na tej płycie piosenki, która nie nadawałaby się na pierwsze miejsce dowolnej listy hitów - a wszystkie splecione w jedną całość jak na solidnych concept-albumach progresywnego rocka, zagrane zaś z taką wirtuozerią, z takim mnóstwem brzmieniowych perełek, że głowa mała... Pomyśleć, że byli ludzie, którzy potrafili tak grać do tańca - w porównaniu z tym, co dzisiaj jest grywane w dyskotekach... nie, po prostu nie ma żadnego porównania.

Mógłbym jeszcze długo pisać o tym, czego słucham, a i tak nie wyliczyłbym wszystkiego. Napiszę więc może o tym, czego nie słucham, oczywiście ograniczając się do tego, co moim zdaniem ma jakąkolwiek wartość, bo (za przeproszeniem fanów tych "artystów", których bynajmniej nie chcę urazić) różnego rodzaju Dody, Mandaryny czy Michały Wiśniewskie trudno nawet do muzyki zaliczyć. Otóż zdecydowanie nie "leży" mi współczesna muzyka taneczna, tzw. "klubowa" - wszystko jedno, czy nazywają to hip-hopem, techno, drum'n'bassem czy jakkolwiek jeszcze inaczej, generalnie słyszę tam tylko monotonny rytm i nic więcej... A jak już pisałem, monotonii w muzyce nie cierpię. Nawet tańczyć przy tym nie bardzo jestem w stanie, bo tym, co zachęca mnie do tańca, jest przede wszystkim porywająca, energetyczna melodia (słyszeliście "Don't Stop Me Now" Queen? To wiecie o co chodzi...), a nie jednostajny stukot basu i perkusji. Jeżeli rytmicznym brzmieniom towarzyszy melodia - to czemu nie: takie np. "God is a girl" Groove Coverage dosyć często kręci się w moim odtwarzaczu... Ale w popularnych obecnie stylach tanecznych melodii, kompozycji zazwyczaj można ze świecą szukać... :-(

Prócz tego przestrzenią muzyczną, w której zupełnie, ale to zupełnie nie potrafię się odnaleźć, jest jazz. Pominąwszy produkcje z pogranicza jazzu i rocka, które bywają interesujące, sam jazz jako taki jest dla mnie muzyką chłodną, beznamiętną, odległą, bardziej nastawioną na techniczną wirtuozerię niż na szczerość przekazu, a przez to wypraną z emocji (którymi tak bardzo przesycony jest rock) i jakoś... bladą. Nie potrafi mnie porwać i zainteresować.

Podsumowując to wszystko, ten "rodzaj" muzyki, którego słucham, najtrafniej określił kiedyś w jednej ze swoich audycji właśnie Piotr Kaczkowski mówiąc, że "szuflada" z tą muzyką nazywa się heart-rock - rock serca...

Niestety, przy całej swojej miłości do muzyki nie potrafię grać na żadnym instrumencie :-(. Przyczyna leży w braku sprawności manualnej - czynności wymagające dużej precyzji rąk zawsze przychodziły mi z trudnością i opanowanie szybkiego i bezbłędnego przebierania palcami po klawiszach czy strunach wymagałoby ode mnie wiele wysiłku, a co ważniejsze, wiele czasu. Tego natomiast wciąż mi brak, zaś ten, który mam do dyspozycji, wolę przeznaczać na co innego... Bardzo natomiast lubię śpiewać (choć nie mam ku temu zbyt wiele okazji...) i chyba całkiem nieźle mi to wychodzi...

 
Niestety, pisanie o muzyce nie może zastąpić jej słuchania, a z tym jest pewien problem. Gdybym bowiem chciał się podzielić z czytelnikami tej strony muzyką, której słucham, napotkałbym na barierę w postaci nieszczęsnych "praw autorskich". Oczywiście mozna skorzystać z takich serwisów jak Pandora czy Last.fm, w których można samemu dopasowywać muzykę do swoich gustów. Lubiłem słuchać Pandory, mam tam nawet kilka swoich kanałów, i chętnie umieściłbym tu do nich odsyłacze - ale od jakiegoś czasu serwis jest dostępny tylko dla USA, znowu z uwagi na te przeklęte "prawa autorskie". Oczywiście wszystko da się obejść, ale ciągłe szukanie akurat działających serwerów proxy, z których można skorzystać, jest denerwujące i nudne... Zaś w Last.fm pełne możliwości "dostrojenia" radia do swoich gustów dostępne są dopiero po założeniu płatnego konta... Last.fm od jakiegoś czasu w ogóle nie oferuje już funkcjonalności radia :(. Poza tym automatyczny wybór utworów, które przypuszczalnie będą mi się podobać, przez program - czy to na podstawie podobieństw cech brzmieniowych (jak w Pandorze), czy na podstawie tego, czego słuchają inni ludzie (jak w Last.fm) - to jednak coś zupełnie innego niż dokonywany przez konkretnego prezentera wybór muzyki, która się jemu podoba. Dlatego jestem przekonany, że pomysły typu Pandory czy Last.fm - choć niewątpliwie wartościowe i ciekawe - nie zdominują rynku radiowego i zawsze będzie miejsce na "klasyczne", autorskie radio. Zagrozić mogą natomiast stacjom nadającym komputerowo wybieraną muzyczną "sieczkę", jak czyni to większość komercyjnych rozgłośni...

 
Jak chyba każdy prawdziwy miłośnik muzyki (a nie tylko pewnego jej wycinka), nie mam swojego "ulubionego zespołu" - a raczej mam ich wiele - mam natomiast najbardziej ukochaną, najważniejszą płytę. Oczywiście nietrudno się domyślić jej tytułu - okładka widnieje u góry tej strony... Kocham również film, który na podstawie tej płyty został nakręcony - oba dzieła stanowią dla mnie jedną całość. Przejmującą, mówiącą gorzkie prawdy o świecie, o ludziach i o mnie samym (wiele problemów bohatera "Ściany" było lub jest także i moimi problemami, choć w wielu innych sprawach jestem całkowicie od niego odmienny). Film, który widziałem po raz pierwszy w latach osiemdziesiątych z kasety VHS wyświetlanej na ekranie o wielkości metr na półtora (jeden z pierwszych telewizorów projekcyjnych...) w zatłoczonej sali wypełnionej ponad setką osób... Mimo, iż w takich warunkach niewiele było widać, oczarował mnie i zarazem wstrząsnął (dla tych, którzy widzieli: pierwsza z sekwencji animowanych, a zwłaszcza jej finał - krew ściekająca z krzyża; jak uderzenie młotkiem w głowę), pomyślałem, że jest to najważniejszy film, jaki kiedykolwiek zrobiono. A ponieważ zawsze chciałem tym, co zobaczyłem i usłyszałem, dzielić się z innymi, przez kilka najbliższych miesięcy prowadziłem w Krakowie, głównie w sklepach muzycznych, akcję zbierania podpisów pod petycją do Komitetu Kinematografii - czy jak się tam wtedy instytucja odpowiedzialna za rozpowszechnianie filmów nazywała - o sprowadzenie tego filmu do polskich kin. Udało się zebrać kilkaset podpisów, oczywiście nikt tego nigdy nie wziął pod uwagę. Także, już po nastaniu kapitalizmu, żaden z komercyjnych dystrybutorów nigdy nie "przymierzył" się do tego filmu. A szkoda. Taki niestety już czasem bywa los wielkiej sztuki...

Na temat "Ściany" napisano już dziesiątki, albo setki tekstów, w Internecie jest mnóstwo poświęconych jej stron, więc tutaj podam tylko linki do kilku - moim zdaniem - najważniejszych:

  • The Wall - A Complete Analysis. Tytuł tej strony całkowicie odpowiada temu, co się na niej znajduje. Niezwykle obszerna analiza literacka i psychologiczna "Ściany". Dużo czytania, ale jeżeli ktoś jest zafascynowany "Ścianą", warto po stokroć. Mnie osobiście ten tekst pomógł kiedyś zrozumieć wiele spraw...
  • Polskie tłumaczenia tekstów z "The Wall", chyba najlepsze z dostępnych w Sieci (chociaż właściwie żadne nie jest zbyt dobre; nie jest łatwo to przetłumaczyć...). Jeżeli nie znasz angielskiego - obowiązkowo!
  • Piękną wypowiedź na temat "Ściany" i ogólnie muzyki Pink Floyd, taką bardzo w stylu Kaczkowskiego, znalazłem na jednym z blogów.
  • No i na koniec, artykuł z Wikipedii, żeby wyjaśnić wszystko po kolei, jeżeli nigdy nie słyszałeś/aś o "The Wall".

Wiele osób, które w tamtych czasach słuchały audycji Piotra Kaczkowskiego, wspomina kultową audycję z początku lat osiemdziesiątych, kiedy to Kaczkowski na swój emocjonalny, pełen niedopowiedzeń sposób opowiadał film "The Wall", puszczając równocześnie muzykę z ostatniej płyty Pink Floyd z Rogerem Watersem - "The Final Cut" (było to wkrótce po jej ukazaniu się) i czytając na podkładzie muzyki tłumaczenia tekstów... Chyba na wszystkich zrobiło to wtedy niesamowite wrażenie, jedno z najwspanialszych nocnych misteriów pana Piotra... Jeżeli uda mi się odnaleźć stare kasety z nagraniem tej audycji, to może kiedyś napiszę o niej coś więcej...

Nagranie sygnału audycji Piotra Kaczkowskiego zaczerpnąłem ze strony http://www.minimax.info/ - dziękuję! :)

komentarze (1) >>>

Cuda się zdarzają... gdy są bardzo potrzebne :)

2014-08-17, zmodyfikowana: 2014-09-15

Niecały miesiąc temu byłem bardzo smutny... Od kiedy zetknąłem się z muzyką Kate Bush, a już w szczególności od kiedy obejrzałem zapis wideo z jej pierwszej - i jak dotąd jedynej w życiu - trasy konc ...

czytaj więcej >>>

Jesus Christ Superstar

2008-03-12

Wielkanoc się zbliża, czas nadrobić zaległości i napisać o drugiej - po "Ścianie" - mojej ukochanej płycie... O ile "Ścianę" poznałem sam, o tyle "Jesus Christ Superstar" odkryłem dzięki wspominanemu tu już Jerzemu Skarżyńskiemu ...

czytaj więcej >>>

 

14 lutego

2017-02-14

Dzisiaj mamy 14 lutego. Oczywiście obecnie tego dnia wszędzie mówi się o walentynkach i pełno jest zaimportowanego z USA walentynkowego kiczu. Pomyślało mi się więc przy tej okazji, z czym - a właściw ...

czytaj więcej >>>

Najdziwniejszy skład rockowy...

2017-02-01

Słyszeliście kiedyś zespół rockowy, w którego składzie nie ma gitary, za to instrumentami prowadzącymi są... bałałajka i akordeon? Село і Люди, czyli "wieś i ludzie" ...

czytaj więcej >>>

Kate, a żeby cię cholera!

2016-11-27

Długo czekaliśmy na DVD z niesamowitych koncertów Kate Bush, które odbyły się ponad dwa lata temu. Po to, aby się dowiedzieć, że... tego DVD jednak nie będzie ...

czytaj więcej >>>