Najnowsze wpisy ⇓

Czy byliście kiedyś w takiej sytuacji, że przeczytawszy w gazecie, usłyszawszy w radiu albo w telewizji coś, z czym się nie zgadzacie, lub coś, co wiecie że jest ewidentną bzdurą, chcieliście od razu głośno protestować, i mieliście ochotę, aby ten wasz protest usłyszało co najmniej tyle ludzi, co przeczytało tę bzdurę w gazecie?...

Takim właśnie protestom poświęcona będzie ta strona... ;-)

Gazety czytam od kiedy pamiętam. Jako dziecko nawet nie oglądałem zbyt wiele telewizji, natomiast zawzięcie pochłaniałem gazety i książki (jedno i drugie - tzn. nieoglądanie telewizji i czytanie gazet - zostało mi do dziś; z książkami jest już gorzej, bo bardzo trudno znaleźć mi tyle spokojnego czasu, aby móc przeczytać całą książkę). To słowo drukowane było dla mnie na tyle ważne, że w wielu przypadkach zmuszało do jakiegoś określenia się wobec tego, co napisano; do opowiedzenia się za albo przeciw; do przyznania autorowi racji lub próby wyrażenia swojej niezgody na to, aby ktoś takie brednie głosił publicznie, po części także i w moim imieniu...

W czasach przedinternetowych nie było zbyt wiele możliwości, aby wyrazić swoje stanowisko wobec tego, co napisano w gazecie; można było co najwyżej (co zresztą nadal nierzadko robię) napisać list do redakcji. Ale wiadomo jak to jest z listami do redakcji: o ile listu nie napisze ktoś o znanym nazwisku, to albo nie wydrukują w ogóle, albo wydrukują z takimi skrótami i cięciami, że w niczym już nie będzie to przypominało tego, co się pierwotnie napisało...

Na szczęście teraz mamy Internet i możemy do woli komentować to, co się nam podoba czy nie podoba (inna sprawa, czy ktoś to czyta ;-)). Poniżej zamieszczam kilka takich wybranych z ostatnich miesięcy komentarzy, które wyszperałem na swoim dysku (w istocie są to właśnie listy do redakcji, które naturalnie - z wyjątkiem ostatniego, wydrukowanego w żałosnych strzępach - nie zostały opublikowane...). Wypowiedzi proszących się o skomentowanie, które w tym czasie przeczytałem, było oczywiście o wiele więcej, ale czasu nie stało... Oczywiście teraz, skoro już mam tę stronę, można się spodziewać, że kolejne komentarze do różnych wydarzeń z życia publicznego będą się pojawiać częściej...

  • Partia kobiet? - komentarz na temat pomysłu Manueli Gretkowskiej (który, jak wiemy z ostatnich wyborów, stał się ciałem, na szczęście bez sukcesu wyborczego) utworzenia partii kobiet; list do "Gazety Wyborczej" z 6.12.2006
  • Pała z myślenia! - komentarz do słynnego błędu w pytaniu egzaminacyjnym z egzaminu dla szkół podstawowych w 2007 r., a właściwie szumu medialnego wokół niego; autor błędnego pytania powołał się na Wikipedię i wszyscy dziennikarze bez sprawdzenia, jak się w istocie rzeczy mają, zaczęli jak jeden mąż na tę encyklopedię "najeżdżać"; list do "Dziennika Polskiego" z 13.04.2007
  • Kto to jest profesjonalista? - polemika z prof. Henrykiem Domańskim, który wygłaszał w "Gazecie Wyborczej" dość dziwne jak dla mnie poglądy na temat klasy średniej, etyki zawodowej i inteligencji (jako warstwy społecznej, nie cechy psychiki ;-)); list do "Gazety Wyborczej" z 2.10.2007

Z powyższych tekstów możesz już co nieco wywnioskować odnośnie moich poglądów politycznych. Zastanawiając się kiedyś nad nimi i próbując je "dopasować" do którejś z istniejących idei czy doktryn politycznych odkryłem, że tak naprawdę jestem anarchistą. Jednak anarchizm jako taki jest niestety mało realny na szerszą skalę społeczną - pomijam efektowny wyjątek, jakim jest powstanie i rozwój Internetu, co odbyło się w sposób klasycznie wręcz anarchistyczny, ale Internet stworzyli hakerzy, którym do postaw anarchistycznych generalnie jest dosyć blisko (swoją drogą, nigdy nie byłem i nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego idee zakładające współpracę ludzi ze sobą dla wspólnego dobra - takie jak właśnie anarchizm - są nierealizowalne, bo zawsze znajdą się "czarne owce", które zamiast żyć z innymi na zasadzie dobrego sąsiedztwa i starać się im nie szkodzić, celowo wybierają szkodzenie i życie kosztem innych. Przecież na dłuższą metę bycie uczciwym i lojalnym wszystkim się opłaca...). Dlatego też na codzienny, praktyczny użytek jestem wolnościowcem i technokratą ;-).

Celowo ożywam określenia "wolnościowiec" a nie "liberał", gdyż choć termin "liberalizm" może mieć wiele znaczeń, w tym także dotyczących indywidualnej wolności jednostki, to obecnie w praktyce liberalizm jest utożsamiany z liberalizmem ekonomicznym. Taki liberalizm bierze pod uwagę wyłącznie relacje państwo-kapitał: uważa, że państwo powinno w minimalnym stopniu ingerować w działalność firm i rynku. Wbrew tak pojętemu liberalizmowi, wolnościowiec staje po trzeciej stronie, której w powyższym schemacie nie ma: po stronie jednostki, zwykłego obywatela. Z punktu widzenia poglądów wolnościowych ingerencja zarówno państwa, jak i firm w życie jednostki powinna być jak najmniejsza. Nikt - ani państwo, ani biznes - nie powinien mi mówić, co mam robić lub czego nie robić. Dla wielu liberałów "ekonomicznych" istnienie obywateli jako trzeciej, odrębnej strony wydaje się wątpliwe: zakładają oni wręcz dogmatycznie, że to, co jest dobre dla biznesu i wolnego rynku, jest dobre dla obywateli. Jest to oczywista nieprawda, której jednym z najjaskrawszych przykładów jest intensywnie prowadzona obecnie przez wielki biznes filmowy i nagraniowy nagonka na tzw. piractwo, pod szumnym hasłem "ochrony praw autorskich". Interesy biznesu i interesy zwykłego człowieka, odbiorcy dóbr kultury (a czasami nawet twórcy!) w oczywisty sposób się tu rozmijają, zaś próby ingerencji kapitału w wolność jednostki i dyktowania jej, co i w jaki sposób może z tymi dobrami robić, sięgają rozmiarów niespotykanych w jakiejkolwiek innej sferze życia (więcej na ten temat piszę na oddzielnej stronie).

Dlatego też jako wolnościowiec uważam, że trzeba się chronić zarówno przed ingerencją państwa, jak i biznesu w nasze życie. Ten element mojego światopoglądu jest niewątpliwie bliski anarchizmowi, który sprzeciwia się istnieniu wszelkich struktur i hierarchii mogących wywierać na jednostkę presję i stosować przymus w jakiejkolwiek formie - czy to fizycznej, psychicznej, czy też np. ekonomicznej. Dla anarchisty rzeczą "świętą" jest umowa, w oparciu o którą regulowane są wszystkie stosunki międzyludzkie, ale umowa w prawdziwym sensie tego słowa - jako obopólna zgoda i porozumienie równych sobie partnerów. Z taką umową nic wspólnego nie mają "umowy", jakie klient podpisuje z wielką firmą - np. bankiem, operatorem telekomunikacyjnym czy zakładem energetycznym. Nie jest to żadna umowa, gdyż z reguły nie można tam niczego negocjować - nie można rzeczywiście umówić się z firmą, z którą podpisujemy taką "umowę", na zmianę pewnych jej zapisów, jeżeli nam one nie odpowiadają; nie można też zaproponować dołączenia własnych klauzul, które chcielibyśmy tam widzieć. Jest to zwykłe narzucenie swoich warunków słabszemu i mniejszemu przez większego i silniejszego, bez możliwości jakiejkolwiek dyskusji (dlatego gdy tylko mogę, staram się korzystać z usług małych firm: dla małej firmy klient w większym stopniu jest partnerem i "umowa" zaczyna faktycznie przypominać umowę - np. podpisując umowę z moim operatorem internetowym rzeczywiście doprowadziłem do zmiany kilku nie odpowiadających mi zapisów :-)).

Niestety, jedynym dostatecznie silnym partnerem, który może ograniczyć zapędy biznesu, jest państwo, i na odwrót: jedyną realną siłą, która może powstrzymać pewne działania państwa, jest biznes. Dlatego w odróżnieniu zarówno od liberała, jak i od "ideowego" anarchisty (który jest przeciwny samemu istnieniu zarówno państwa, jak i wielkich korporacji), wolnościowiec będzie czasami popierał pewne działania państwa skierowane przeciwko biznesowi (np. proces antymonopolowy Komisji Europejskiej przeciwko Microsoftowi ;-)), innym razem będzie za zwiększeniem swobód biznesu i ograniczeniem praw do ingerencji państwa w jego sprawy. Bowiem zgodnie ze znanym przysłowiem "gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta" - jeżeli ci dwaj, czyli państwo i biznes, będą przepychać sie między sobą, to w efekcie ten trzeci, czyli zwykły obywatel, ma szansę na tym skorzystać - coś może się rozstrzygnąć w sposób przychylny dla niego...

Oprócz anarchizmu, liberalizmu czy jak mu tam jeszcze, druga "noga" moich poglądów to technokratyzm. Jestem "wyznawcą kultu kompetencji", nie tylko zresztą w sferze polityki - profesjonalny w tym, co robi, powinien być każdy człowiek prowadzący działalność publiczną: dziennikarz (zanim coś napisze, to najpierw trzy razy sprawdzi!), biznesmen (nie będzie klienta zbywał ani okłamywał, zwłaszcza w sytuacjach niekorzystnych dla firmy), urzędnik (nie będzie powoływał się na nieistniejące przepisy lub błędną ich interpretację)... Otóż skoro jednak godzę się z istnieniem państwa i ktoś tym państwem musi rządzić, to niech to będą ludzie kompetentni. Niech to będzie ten wielokrotnie zapowiadany przez różne ekipy polityczne, ale nigdy nie zrealizowany "rząd fachowców". Moim zdaniem, jeżeli już ktoś "tam u góry" podejmuje pewne decyzje, to podejmując je powinien po pierwsze - znać zagadnienie, o którym decyduje (nie tak jak minister edukacji, którego jedynym doświadczeniem w tej branży było to, że kiedyś chodził do szkoły ;-)), po drugie zaś - przy podejmowaniu decyzji kierować się wyłącznie oceną jej skutków dla państwa i społeczeństwa jako całości (oczywiście oceną kompetentną, rzetelną i niezależną, nie miejsce tu rozpisywać się o tym, kto i w jaki sposób mógłby taką ocenę przeprowadzić, bo możliwości jest wiele). Nie żadnymi sympatiami, antypatiami, takimi czy innymi ideologiami, sentymentami i resentymentami. Ktoś może być naprawdę święcie przekonany, że zakaz handlu w święta to samo dobro, ale nie ma prawa decydować o jego wprowadzeniu bez rzetelnej analizy, jakie będą tego skutki. I to skutki z różnych punktów widzenia, a nie tylko z jednego...

Marzy mi się taki "rząd fachowców", niemniej jednak gdyby on nawet zaistniał, napotkałby na poważny problem - otóż prawdopodobnie często musiałby podejmować tzw. niepopularne decyzje, co w demokracji oznacza bardzo poważne zagrożenie odsunięciem od władzy. Co prawda przykład Leszka Balcerowicza dowodzi, że społeczeństwo można czasami do takich niepopularnych decyzji przekonać i wytłumaczyć ich konieczność, dzięki czemu nie tylko nie straci się poparcia, ale można nawet zyskać większe (choć oczywiście zawsze znajdą się tacy, co będą powtarzać "Balcerowicz musi odejść" ;-)), ale trzeba po pierwsze - chcieć, a po drugie - umieć. No i jeszcze mieć odrobinę szczęścia... Tak czy owak, jest to niewątpliwie poważny problem, z którym hipotetyczny "rząd fachowców" musiałby sobie poradzić...

komentarze (1) >>>

Tertium datur!

2008-06-15

Tak ostatnio przyszło mi do głowy, że gdybym miał określić jakąś myśl przewodnią, motto, maksymę "patronującą" temu wszystkiemu, co tu piszę, to brzmiałaby ona właśnie tak ...

czytaj więcej >>>

 

O PiS-ie, sądach i protestach

2017-07-23

Owszem, nie ulega żadnej wątpliwości, że to, co robi PiS z sądami, jest złe, bardzo złe. Niemniej jednak jakoś trudno mi iść protestować ramię w ramię z ludźmi, których głównym przekazem wydaje się by ...

czytaj więcej >>>

"Być ojcem" - i kto to mówi?

2017-06-23

Kilka dni temu jadąc do pracy zauważyłem na słupie ogłoszeniowym duży plakat reklamujący jakieś spotkanie czy wykład pod tytułem "Być ojcem", który ma się odbyć dzisiaj, w Dzień Ojca. Niby nic nadzwyc ...

czytaj więcej >>>

Więcej nie trzeba

2017-06-09

Rzucił mi się dziś w oczy nagłówek artykułu z dodatku historycznego "Rzeczpospolitej". Właściwie to jedno zdanie nagłówka wystarczy, nie trzeba czytać całego artykułu. Wyraża ono bowiem wszystko, co t ...

czytaj więcej >>>