Główna >>

RSS
Nie idźmy na tę wojnę! To nie nasza wojna!

 

Mother Mary

2026-10-25   kategorie: kultura społeczeństwo

Częstym i powracającym tematem na różnych forach internetowych, w mediach "społecznościowych" itp. jest tzw. kobiece "domyśl się". Jeśli ktoś nie zna tematu (w co nie wierzę): pod tym hasłem kryje się tendencja kobiet (bądź to wynikająca z nieumiejętności, bądź z niechęci - tego nie wiem) do niejasnego komunikowania swoich odczuć, gdy są na kogoś o coś złe czy mają do kogoś pretensje: zamiast jasno powiedzieć, o co im chodzi, robią tzw. "fochy", okazując ogólnie negatywne nastawienie i oczekując od drugiej osoby, aby niczym jasnowidz sama domyśliła się co (ich zdaniem) zrobiła "nie tak" i w jaki sposób zraniła ich uczucia.

Oczywiście nie jest to internetowy wymysł; takie kobiety istnieją i każdy się chyba z nimi zetknął (jak duża to część ogółu kobiet, to inna sprawa - tego chyba do końca nikt nie wie). Absolutnym przeciwieństwem takiej postawy są za to bohaterki filmu "Mother Mary", który miałem okazję wczoraj obejrzeć.

Zdecydowana większość filmu to absolutnie popisowa rozmowa między dwiema bohaterkami o żalach i złości, które jedna ma do drugiej (i nawzajem). Rozmowa pełna pięknych, błyskotliwych metafor rzucanych z rękawa tak wręcz "od niechcenia", ale zarazem przy całej swej metaforyczności niezwykle jasno, klarownie i precyzyjnie wyrażająca, o co dokładnie mają do siebie żal i co sobie nawzajem w przeszłości zrobiły. I co najważniejsze, choć w pewnym momencie w tej rozmowie pada stwierdzenie o nienawiści, tej nienawiści absolutnie się nie czuje - wręcz przeciwnie, jest raczej życzliwość (choć początkowo chłodna), chęc wyjścia sobie naprzeciw i szczerego powiedzenia wszystkiego.

Pod względem artystycznym (ale i czysto ludzkim) ta rozmowa, stanowiąca - jako się rzekło - większość filmu, to dla mnie absolutny majstersztyk. Oglądając ten film, osobowością obu bohaterek byłem zachwycony - do tego stopnia, że nie byłem w stanie się powstrzymać od tego, aby co chwilę ten zachwyt głośno wyrażać (na szczęście oglądałem sam i nikomu nie przeszkadzałem). A do tego warto dodać, że rozmowa ta jest zilustrowana niesamowicie zrealizowanymi scenami retrospekcji i piękną muzyką - bo jedna z bohaterek jest supergwiazdą pop, która na jakiś czas musiała się wycofać ze sceny po wypadku na koncercie (wypadek ten miał zresztą wiele wspólnego z ich wzajemną relacją, o której rozmawiają), a teraz chce powrócić. Duża część z tych retrospekcji to właśnie sceny z koncertów, i warto zauważyć, że wymyślona na potrzeby filmu fikcyjna gwiazda pod względem poziomu muzycznego swoich piosenek jest o niebo lepsza od rzeczywistych współczesnych "gwiazd", będących takimi bożyszczami tłumów i gromadzących te tłumy na koncertach w takich ilościach, jak to pokazano w filmie... Wręcz chciałoby się, aby w rzeczywistości tłumy tak szalały za takimi właśnie artystkami, jak ta z filmu - a nie za tymi, za którymi szaleją naprawdę...

Film jest absolutnie magiczny, dla mnie to jeden z najlepszych filmów, jakie obejrzałem w ostatnich latach. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mi się zdarzyło, że na drugi dzień po obejrzeniu filmu mam ochotę go zobaczyć jeszcze raz. A z tym filmem tak właśnie jest, i być może to zrobię. I serdecznie polecam obejrzenie tego filmu wszystkim, bo naprawdę warto.

komentarze (0) >>>