Główna >>

RSS

 

"Czyściciele Internetu"

2019-07-16, zmodyfikowana: 2019-07-17   kategorie: nowości praca kultura społeczeństwo

Właśnie świeżo obejrzałem film dokumentalny "Czyściciele Internetu", który narobił trochę szumu medialnego w ubiegłym roku. Film opowiada o pracy moderatorów Facebooka i innych tzw. "serwisów społecznościowych", którzy usuwają z tych serwisów "nieodpowiednie" treści.

Centrum moderacji tych serwisów znajduje się na Filipinach. Biedni ludzie, dla których ta praca jest jedną z niewielu szans na poprawę swojego standardu życia, nie mając wystarczającej wiedzy ani kompetencji, nie znając realiów ani kultury krajów, z których pochodzi większość przeglądanych przez nich treści, na podstawie arbitralnych kryteriów narzuconych przez zatrudniającą ich firmę muszą decydować, które posty, zdjęcia czy filmy wyselekcjonowane przez algorytm do sprawdzenia i wyświetlone na ich ekranie mają być usunięte, a które pozostawione. Pracują pod ogromną presją czasu (na podjęcie decyzji mają zaledwie kilka sekund, muszą przejrzeć wiele tysięcy wpisów dziennie), a jeżeli więcej niż trzy razy w miesiącu podejmą decyzję, która przez przełożonych zostanie uznana za błędną - mogą stracić pracę. Dla użytkowników Facebooka czy innych serwisów są anonimowi i niewidoczni - zarówno firmy, jak i oni sami starają się, aby o ich pracy nie wiedział nikt "z zewnątrz". Od ich decyzji nie ma jednak żadnego odwołania, użytkownik, którego materiał skasowano, nie ma nawet jak skontaktować się z serwisem, aby się dowiedzieć, z jakiego dokładnie powodu podjęto decyzję o usunięciu treści i kto konkretnie taką decyzję podjął. Wszelkie zapytania albo pozostają bez odpowiedzi, albo co najwyżej kwitowane są standardową, powtarzalną formułką o tym, iż "treść naruszała nasze standardy społeczności".

Moderatorzy zatrudniani są oczywiście nie bezpośrednio przez Facebooka czy Twittera, tylko zewnętrzne firmy outsourcingowe, a co za tym idzie - są kiepsko opłacani (choć jak na miejscowe warunki ich zarobki są atrakcyjne), a stopień drastyczności materiałów, które muszą oglądać, aby zdecydować o ich usunięciu bądź nie, powoduje dramatyczne zniszczenia w ich psychice.

To tylko część z problemów, jakie poruszane są w tym filmie. Dawno nie widziałem filmu dokumentalnego, który byłby tak wielowątkowy i poruszał tak wiele aspektów omawianego tematu. Zazwyczaj dokumentaliści skupiają się na jednym, bardzo konkretnym problemie i patrzą przez pryzmat tego problemu. Tu mamy tych problemów - połączonych ze sobą i współzależnych - co najmniej kilka.

Pierwszy z nich poruszany jest w filmie m.in. za pośrednictwem słów Specjalnego Sprawozdawcy ONZ ds. Wolności Słowa. Przy ogromnym zasięgu i skali "serwisów społecznościowych" (konsekwentnie zawsze ujmuję to określenie w cudzysłów lub dodaję przed nim "tzw.", jako że nie może być błędniejszej nazwy: serwisy te nie mają nic wspólnego z budowaniem jakiejkolwiek społeczności, a wręcz przeciwnie - znakomicie sprzyjają rozpadowi więzi społecznych) zgoda na taki sposób moderacji treści jest de facto zgodą na oddanie decyzji o tym, co jest legalne, a co nie - decyzji, która dotychczas była wyłączną domeną państwa, a w szczególności sądów - w ręce korporacji, działających według niejawnych i niejasnych kryteriów, bez przejrzystych procedur i bez jakiejkolwiek możliwości odwołania od tej decyzji. Podważa to nie tylko wolność słowa, ale samą istotę demokracji i praworządności.

Przykładem takiej sytuacji może być pojawiająca się w filmie sprawa artystki, która namalowała satyryczny obraz, przedstawiający nagiego mężczyznę z małym penisem i twarzą Donalda Trumpa. Obraz ten udostępniła na swoim profilu na Facebooku i został on w błyskawicznym tempie, "wiralowo" rozpowszechniony przez wiele tysięcy osób. Post został jednak skasowany, a jej konto na Facebooku zablokowane.

W świecie "przedfacebookowym" (co wcale nie znaczy "przedinternetowym": artystka mogłaby przecież mieć własną stronę WWW i na niej udostępnić swoje dzieło, zamiast na Facebooku) ktoś, kto uznałby, że taki obraz nie powinien być publikowany, i chciałby doprowadzić do jego usunięcia z sieci, musiałby wytoczyć autorce proces sądowy. W toku procesu sąd zapewne wsparłby się opinią biegłych o odpowiedniej wiedzy z zakresu kultury i sztuki, którzy oceniliby, czy w ich opinii taki obraz jest dopuszczalną formą artystycznej ekspresji i mieści się w granicach gwarantowanej prawem swobody wypowiedzi. To nie koniec: gdyby wyrok sądu był dla autorki niekorzystny, mogłaby ona odwoływać się do wyższej instancji.

System, w którym o możliwości opublikowania jakiejś treści decyduje sąd, nie jest zapewne systemem idealnym (bo żaden takim nie jest), ale jest chyba najbliższym optymalnemu rozwiązaniem, jakie można osiągnąć w państwie demokratycznym. Ale w świecie "facebookowym" całą tę skomplikowaną machinę sądową zastępuje anonimowy, słabo wykształcony człowiek z Manili, który po krótkim, korporacyjnym szkoleniu, podjął według nieznanych bliżej kryteriów decyzję w ciągu maksimum ośmiu sekund. I klamka zapadła - żadnej dyskusji ani odwołania nie ma.

To jednak jedna strona medalu. Film pokazuje także i drugą: nagminne nadużywanie wolności wypowiedzi przez użytkowników "serwisów społecznościowych". Umieszczane są w nich tysiące materiałów, które naprawdę, ze względu na dobro społeczne, nie powinny być publikowane. I moim zdaniem nie chodzi tu nawet o to, na czym głównie skupia się praca pokazywanych w filmie moderatorów, czyli materiały wizualne - zdjęcia i filmy - pokazujące sceny drastyczne (np. brutalne zabójstwa), o charakterze jawnie erotycznym czy propagujące terroryzm. W mojej opinii dużo bardziej szkodliwe, tak społecznie, jak i psychologicznie, są wszelkiego rodzaju fałszywe informacje i wpisy mające na celu podjudzanie do konfliktów i agresji (np. przeciwko ludziom jakiejś konkretnej narodowości czy rasy). W filmie również się o nich wspomina, słyszymy jednak od moderatorów, że takich treści usuwać im nie wolno, gdyż "są to tylko opinie", które chroni wolność wypowiedzi. Jak bardzo szkodliwe mogą jednak być takie "tylko opinie", widzimy w filmie na przykładzie prawicowego aktywisty, który chwali się, że dobrze wie, w jakiej sytuacji i jakimi wypowiedziami można "podgrzać" nastroje w sieci i doprowadzić do awantury, z pełną świadomością i celowo robi to, i "będzie to robił całe życie".

I tu przechodzimy do trzeciego problemu, którym jest niejasność, niespójność i zwykła nielogiczność kryteriów, na podstawie których cenzuruje się "media społecznościowe". Jeżeli już przyjmujemy, że wprowadzamy cenzurę, to dlaczego cenzuruje się obrazki zawierające choć odrobinę nagości (których oglądanie raczej nie doprowadzi do tego, że ktokolwiek kogokolwiek zaatakuje), ale nie cenzuruje się świadomie agresywnych i obliczonych na rozbudzenie agresji wypowiedzi takich "trolli", jak wspomniany aktywista? Cenzuruje się sceny obcinania głów przez ISIS, ale nie wolno zablokować transmisji na żywo na Facebooku z popełniania samobójstwa, dopóki delikwent naprawdę się nie zabije. Nie wiadomo dokładnie, jaki cel miałaby mieć ta cenzura, kogo i przed czym miałaby chronić. Czy istnieje jakaś generalna koncepcja, jakiego rodzaju szkodom korporacje chcą zapobiegać poprzez usuwanie treści? A jeżeli istnieje, to czy moglibyśmy ją poznać?

Niestety, sądząc po zamieszczonych w filmie fragmentach nagrań z przesłuchań przedstawicieli "społecznościowych" korporacji przed komisją senatu USA, chyba głównym, jeśli nie jedynym celem tej cenzury jest chronienie się samych korporacji przed stratami na własnym wizerunku, które mogłyby spowodować nieprzychylny stosunek do firmy ze strony władz bądź inwestorów, a co za tym idzie - wymierne biznesowe straty. Tylko po to cenzuruje się treści na Facebooku i pokrewnych mu serwisach. A jeżeli tak, to oczywiście nie ma nic dziwnego w tym, że firmy te często wchodzą w zakulisowe układy z władzami różnych krajów, aby cenzurować treści, które przez te władze są niemile widziane (w filmie jest to pokazane na przykładzie rządów Erdogana w Turcji). Usuwanie "treści naruszających standardy społeczności" staje się zatem de facto zwykłą cenzurą polityczną.

Kolejnym problemem jest oczywiście kwestia tego, że sami moderatorzy są przez korporacje, na rzecz których pracują, najzwyczajniej wyzyskiwani - zwłaszcza, jeżeli wziąć pod uwagę skutki psychiczne, jakie wywołuje ta praca, polegająca w dużej mierze na oglądaniu materiałów drastycznych. Z drugiej strony, w biednym społeczeństwie filipińskim ta praca jest postrzegana jako coś pożądanego, a bez niej być może wielu młodych Filipińczyków nie miałoby pracy w ogóle...

Wszystkie te problemy są tak naprawdę nierozwiązywalne, wynikają bowiem z jednego podstawowego problemu, który nie został dostatecznie mocno w filmie zaakcentowany. Problem ten polega na tym, że dla ogromnej liczby ludzi obecnie praktycznie nie ma już Internetu poza Facebookiem - Internet dla nich to Facebook, a Facebook to Internet. W filmie zdanie takie pada w odniesieniu do Birmy (gdzie Facebook stał się narzędziem nagonki przeciwko mniejszości Rohingja), ale w mniejszym lub większym stopniu możnaby je odnieść do całego świata. Facebook i inne "serwisy społecznościowe" są jak rak, który "zjadł" Internet.

Gdy patrzy się na historię Internetu, na działalność takich ludzi jak Vinton Cerf, Jon Postel, Tim Berners-Lee i inni, można oczami wyobraźni zobaczyć wytrwałych, oddanych swojej pracy ogrodników, którzy mozolnie przez lata wyhodowali piękne, rozłożyste drzewo. To drzewo to Internet taki, jakim widzieli go jego twórcy - zdecentralizowany, w którym każdy może mieć swój serwer i swoją stronę, na której publikuje swoje własne treści i sam za nie odpowiada. Do odnalezienia tych stron służą zaś wyszukiwarki, których twórcy i wynalazcy także pięknie przyczynili się w swoim czasie do rozwoju tego drzewa.

Potem jednak zaczęło się dziać źle. Pewne części tego internetowego drzewa zanadto się rozrosły - jak nowotwór (nie wiem, czy drzewa mogą mieć nowotwory, ale załóżmy na użytek tego tekstu, że mogą :)). Ten nowotwór zaczął pochłaniać coraz większą część tego drzewa, aż w końcu zagarnął je prawie w całości. Część przekształcona w nowotwór nie daje już ani cienia, ani tlenu, jest uschniętymi, kompletnie bezużytecznymi gałęziami - nawet na opał nie da się ich spożytkować, bo nie bardzo chcą się palić. Tym nowotworem jest właśnie Facebook i pokrewne mu platformy (w pewnym stopniu także serwisy dostarczające rzeczywiście pożytecznych usług - jak np. Google - które jednak nazbyt się rozrosły i osiągnęły pozycję de facto monopolisty - to jednak już trochę inny temat). Niewiele już zostało zdrowego, świeżego i pożytecznego Internetu poza nimi :(.

Postrzegam platformy "społecznościowe" jako "raka" Internetu, bo tak naprawdę nie potrafię dostrzec ani jednego pozytywnego aspektu tak dla rozwoju technologii sieciowych, jak i dla rozwoju społecznego, jaki wiązałby się z ich istnieniem. Platformy te nie stworzyły ani nie dostarczyły ludziom niczego, czego nie byłoby wcześniej, czego nie zapewniałyby wcześniejsze narzędzia - blogi, fora, e-mail, komunikatory itd. Facebook i kompania tylko pasożytuje na tym wszystkim, co powstało już wcześniej, samemu nie wnosząc nic, właśnie jak nowotwór, chorobotwórcza bakteria albo inny pasożyt. I dopóki te serwisy będą mieć taką skalę popularności, jaką mają obecnie, dopóty istnieć będą, i będą niemożliwe do rozwiązania, pokazane w filmie problemy.

I niestety, temu stanowi rzeczy nie jest winien tak bardzo sam Facebook, Twitter czy inna korporacja, tylko ludzie, którzy stawali się pierwszymi użytkownikami tych platform. Zarzuciwszy to, co było największą wartością i pięknem Internetu - ową decentralizację, która pozwalała każdemu na publikowanie na własnej stronie - zaczęli oddawać całą swoją internetową aktywność w ręce jednej firmy. Wszystko przenosili na Facebooka, wiele osób przestało korzystać nawet z e-maila, zastępując go prywatnymi wiadomościami na tej platformie. Potęgę Facebooka stworzyła - niestety - głupota jego użytkowników, którzy sami sobie "na własnej piersi" wyhodowali potwora. I o to mam sporo żalu i złości - nie do Facebooka, a właśnie do tych użytkowników. Przez spory kawałek życia starałem się - pisząc m.in. artykuły o Internecie w prasie w czasach, kiedy był to jeszcze temat niezbyt znany, a większość społeczeństwa nie miała do sieci dostępu - edukować ludzi, jak świadomie korzystać z Internetu. Okazuje się, że wszystkie te wysiłki poszły na nic i ludzie wolą głupio niż świadomie, wolą sami siebie uczynić niewolnikami niż we właściwy sposób korzystać z wolności.

Dla mnie jest tylko jeden sposób rozwiązania poruszonych w filmie problemów. Sposób oczywisty - wyeliminowanie ich podstawowego źródła, czyli samych "mediów społecznościowych", gdyż - jak to napisałem powyżej - nie wnoszą one niczego wartościowego ani nowego do Internetu i można spokojnie się ich pozbyć, wracając do tego, co było przed nimi - świata własnych stron, blogów, for, grup dyskusyjnych i, ogólnie mówiąc, zdecentralizowanej różnorodności - zgodnie z pierwotnym zamysłem Internetu - zamiast jednego scentralizowanego molocha. Tylko kto byłby zdolny (i odważył się) podjąć i wyegzekwować taka decyzję...?

komentarze (0) >>>