Główna >>

RSS

 

Anarchy in the RP ;)

2010-10-18   kategorie: społeczeństwo

Mimo moich anarchistycznych przekonań z ruchem anarchistycznym jako takim nie miałem i nie mam zbyt wiele wspólnego. Dlatego też w ogóle nie wiedziałem, kim był Rafał Górski, jeden z czołowych polskich działaczy anarchistycznych. O tym, że ktoś taki istniał, dowiedziałem się na dobrą sprawę dopiero wtedy, gdy zmarł w lipcu tego roku.

Dlaczego o tym piszę? Bo dzisiaj (a właściwie, patrząc "zegarowo", to już wczoraj) odbyło się w Krakowie, w kinie "Agrafka", spotkanie poświęcone jego pamięci. Spotkanie jak spotkanie - raczej nieudane niż udane (co mnie zawsze drażni we wszelkich imprezach "organizowanych" przez środowiska anarchistyczne, to nieprzygotowanie i totalna amatorszczyna organizacyjna - a przecież anarchizm nie oznacza braku organizacji!), ale chyba najważniejszym jego elementem było to, że obecnym na spotkaniu rozdano artykuł Rafała Górskiego "Bójmy się porządnych obywateli". Artykuł bardzo ważny, bo rzucający zupełnie odmienne od "tradycyjnego" światło na pewne sprawy, nad którymi się zazwyczaj nie zastanawiamy... Ale czyż Rafał Górski nie miał racji, twierdząc, że tak naprawdę to "porządni obywatele", którzy w życiu myślą przede wszystkim o dobru swojej rodziny, swoim domowym budżecie, dostatnim i wygodnym życiu itd., są fundamentem funkcjonowania wszelkiego aparatu władzy i represji - także tego najbardziej totalitarnego i okrutnego, jak nazizm czy stalinizm? To właśnie "porządni obywatele" - pragmatyczni i pozbawieni ideologicznego zaangażowania - w swojej masie umożliwiają funkcjonowanie takich systemów. W skali mikro, "porządny obywatel" nie sprzeciwi się np. ostatnim bezprawnym działaniom rządu w kwestii dopalaczy - bo po pierwsze, problem dopalaczy go nie dotyczy (a przynajmniej chciałby, żeby tak było, i woli nie wiedzieć że np. jego dzieci być może zażywają owe środki), po drugie - w jego opinii działania przeciwko złu, jakim jest handel dopalaczami, są słuszne, a kto by się przejmował ich legalnością, skoro chodzi o "słuszną sprawę"...? Potem nie sprzeciwi się, gdy rząd zacznie ostro tępić "piractwo internetowe", potem, gdy zacznie cenzurować w Internecie "szkodliwe treści", a potem... a potem nie zostanie już nikt, kto mógłby się ująć za nim samym, gdy "po niego przyjdą", jak w słynnym wierszu Martina Niemöllera, który z takim upodobaniem co rusz cytuję...

Na kanwie tego artykułu nasunęły mi się trzy refleksje. Pierwsza. Pracuję w korporacji i niestety dość przykre jest dla mnie, jak widzę wokół siebie w pracy w większości takich właśnie "porządnych obywateli". Ich rozmowy wypełniają ceny mieszkań, koszty kredytów mieszkaniowych i usług remontowo-budowlanych, problemy z dziećmi, szkołami i przedszkolami, zdrowiem, wreszcie rozrywki: kręgle, paintball, wycieczki w góry czy swojski grill... No i wszystko fajnie, ale ludzie kochani, gdzie w tym jakaś idea? Ja bez idei nie potrafię żyć, duszę się. Jak wy tak możecie...?

Ależ oczywiście, jest i idea. Firma mieni się być - zgodnie z aktualną modą - "socially responsible" i na dowód swojego społecznego zaangażowania wspiera akcje, w ramach których pracownicy mogą zrobić składkę na świąteczną paczkę dla biednej rodziny (hm, ale czy ktoś przy tej okazji pomyślał, dlaczego właściwie społeczeństwo jest tak urządzone, że ta rodzina musi cierpieć biedę?), albo raz do roku wziąć udział w czynie społecznym typu grabienie liści bądź malowanie sal w jakiejś szkole albo przychodni. Wręcz idealna forma zaangażowania społecznego dla "porządnych obywateli". Bezpieczna i nie budząca najmniejszych kontrowersji. Brrrr. Aż ciarki przechodzą.

Druga refleksja to podstawowy - niestety - problem anarchizmu: co zrobić z tymi, którzy nie będą chcieli dostosować się do reguł życia w anarchistycznym społeczeństwie? (kogoś nie znającego tematu może zdziwi zestawienie słów "anarchizm" i "reguły", ale przecież - jak o tym będzie dalej - anarchia nie oznacza chaosu, zatem jakieś reguły przecież istnieją...). To problem, którego wszyscy teoretycy anarchizmu zdają się nie dostrzegać, czy też celowo go omijać, tak jakby zakładali że w społeczeństwie pozbawionym władzy nie będzie zbrodni, nieuczciwości itp. A przecież będą. W całej historii ludzkości funkcjonowanie przeróżnych "bad guy'ów", chcących szkodzić innym, nie było wszak związane z faktem istnienia bądź nieistnienia prawa czy władzy. Niech znajdzie się jeden psychopata, który będzie miał ochotę szkodzić ludziom dookoła siebie. I co z nim zrobi anarchistyczne, pozbawione władzy społeczeństwo? Lincz? Oj, to brzmi znacznie gorzej niż urzędowa przemoc zadawana przez aparat władzy. Lincz bowiem bardzo niebezpiecznie się kojarzy z przemocą zadawaną przez tych, którzy są "tacy sami" temu, kto jest "inny", nie pasuje do ogółu. A przecież anarchizm to wolność - każdy ma prawo być taki, jaki chce, a nie taki sam jak wszyscy...

I to jest niestety ten problem, który zdaje się czynić anarchizm ustrojem praktycznie nierealizowalnym. W filmie o Rafale Górskim "Dylematy anarchisty", którego fragment pokazano na wspomnianym spotkaniu (tylko fragment z powodu złej jakości technicznej uniemożliwiającej projekcję - to właśnie przykład tej amatorszczyzny organizacyjnej, o której pisałem) pada pytanie - "czy ktoś udowodnił, że społeczeństwo nie może funkcjonować bez władzy". Wydaje się (mnie przynajmniej), że społeczeństwo potrzebuje władzy do jednej rzeczy: egzekwowania przestrzegania reguł, które tym społeczeństwem rządzą. Jesteśmy anarchistami, a jednak wszystkie rowery stojące przed wejściem do budynku, w którym odbywało się spotkanie, były starannie przypięte do metalowej barierki, dla ochrony przed złodziejami. Złodziej kradnie, wiedząc przecież, że przynosi to korzyść jemu kosztem innych. Ci inni specjalnie go nie obchodzą, ważne jest jego krótkowzrocznie pojmowane dobro. W anarchistycznym społeczeństwie będzie tak samo - też będzie kradł. To, co może powstrzymać jego zapędy do kradzieży, to obawa, że ktoś go za to ukarze. A więc ktoś taki musi być.

Nawet w Internecie, który - przynajmniej w początkowych fazach jego powstawania - był tworem funkcjonującym na niemal całkowicie anarchistycznych zasadach, od początku byli jednak ludzie dysponujący władzą: administratorzy serwerów, którzy temperowali użytkowników chcących szkodzić w Sieci innym. A więc czy faktycznie da się funkcjonować bez władzy? Czy też anarchistyczne społeczeństwo można byłoby zbudować tylko wtedy, gdyby wcześniej wszyscy osiągnęli oświecenie? (tylko skoro wszyscy osiągnęliby oświecenie, to znaczyłoby, że nasza droga na tym świecie już się zakończyła; więc po co jeszcze cokolwiek budować?)

I trzecia refleksja. To żal do mediów, polityków, dziennikarzy, naukowców i wszelkich innych ludzi parających się słowem, którzy konsekwentnie od lat prezentują wypaczony obraz pojęć "anarchia", "anarchizm", nadając im znaczenie mniej więcej totalnego chaosu i braku jakichkolwiek reguł. A tymczasem anarchia oznacza tylko to, co oznacza dosłownie - brak władzy. Brak władzy nie równa się brakowi reguł. Czy oddajemy przyjaciołom pożyczone od nich rzeczy dlatego, że istnieje władza? Czy gdyby władza nie istniała, to umówiwszy się z kimś na spotkanie, nie staralibyśmy się dotrzeć na czas, a obiecawszy coś zrobić - nie starali się tego spełnić? Czy gdyby władza nie istniała, kłamalibyśmy chętniej i częściej niż teraz? Czy gdyby władza nie istniała, kierowcy samochodów rozjeżdżaliby wszystkich pieszych, którzy pojawią się im przed maską?

Jednak "porządnym obywatelom" taką właśnie wizję anarchii przedstawiono. Anarchia w oczach "porządnego obywatela" równa się całkowitemu brakowi jakichkolwiek zasad i chaosowi nie do opanowania. I żal mam między innymi o to, że gdy chce się z kimś "nie będącym w temacie" porozmawiać na temat anarchizmu - nawet gdy temat ten wyjdzie zupełnie przypadkowo (tak jak kiedyś rozmawiając z pewnym znajomym o regułach rządzących Internetem użyłem określenia "anarchistyczny", czym wywołałem jego bezbrzeżne zdziwienie) - trzeba najpierw mnóstwo czasu stracić na wytłumaczenie mu, że anarchizm wcale nie jest tym, czym on sobie wyobraża, że jest...

komentarze (3) >>>