Główna >>

RSS

 

Telefon kontra e-mail - w odpowiedzi J.Bralczykowi

2007-12-22   kategorie: prywatne praca kultura społeczeństwo

W "Gazecie Wyborczej" z 14 grudnia czytam wywiad z prof. Jerzym Bralczykiem, w którym wygłasza on swoje opinie na temat zalet i wad komunikacji e-mailowej czy SMS-owej a bezpośredniej. Oczywiście (hm... dlaczego jakoś dziwnie nie jest zaskoczeniem, że osoba jego profesji będzie mieć takie właśnie zdanie?) jest zdecydowanie za tą drugą formą - woli raczej, jak twierdzi, "rozmawiać, niż wymieniać się karteczkami" i zdecydowanie częściej dzwoni niż wysyła SMS-y.

Trzebaby zacząć od tego, że dla mnie zarówno rozmowa telefoniczna, jak i SMS są bardzo ubogimi i ograniczonymi formami komunikacji i obie zarezerwowane są praktycznie tylko dla sytuacji awaryjnych, nadzwyczajnych. Utrzymując się w stylistyce prof. Bralczyka, który "nie rozumie SMS-ów erotycznych" (taki był tytuł wywiadu w "GW"), ja nie rozumiem sekstelefonów... ;-). A mówiąc serio, nie rozumiem ludzi, którzy są w stanie prowadzić przez telefon długie i szczegółowe rozmowy, czy to w sprawach prywatnych, czy służbowych. Załatwiać czegokolwiek przez telefon też nie lubię. Sam głos z telefonu, odrealniony, pozbawiony fizycznego kontekstu w postaci mówiącej osoby, otoczenia, w którym się ona znajduje, gestykulacji itp. jest dla mnie tak wąskim kanałem łączności (wąskim także w sensie przenoszonego pasma akustycznego...), że wywołuje we mnie odczucie silnego zubożenia komunikacji. Rozmawiając przez telefon z reguły mam poczucie pomijania jakichś ważnych informacji, niepewności, czy rozmawiam z właściwą osobą (a jeżeli z niewłaściwą - bezradności w dotarciu do właściwej) oraz bariery, jaka oddziela mnie od osoby po drugiej stronie kabla i - paradoksalnie - braku kontaktu z nią. Nie mam takiego odczucia w przypadku e-maila: pisząc czy czytając list, czuję bliższy kontakt z osobą, z którą się komunikuję, niż przez telefon. Pomimo mojej wrażliwości na muzykę, jeżeli chodzi o przetwarzanie informacji jestem zdecydowanym "wzrokowcem", dlatego jeżeli nie mogę skontaktować się z kimś osobiście, zawsze wolę raczej napisać niż zadzwonić.

To jednak tylko moje odczucia i preferencje - prof. Bralczyk może mieć inne. Nie sposób jednak pominąć obiektywnych przewag komunikacji asynchronicznej (czyli przesuniętej w czasie), takiej jak e-mail, nad synchroniczną, czyli jednoczesną (taką jak telefon) we wszelkiego rodzaju kontaktach służbowych. Otóż przede wszystkim, aby komunikacja synchroniczna mogła dojść do skutku, obie osoby muszą dysponować czasem w tym samym momencie! A z tym - jak powszechnie wiadomo - bywa bardzo różnie. Próba telefonicznego porozumienia się z kimś bardzo często oznacza wielokrotne wysłuchiwanie sygnału wywołania, zajętości, lub odpowiedzi współpracowników, że danej osoby jeszcze nie ma, już nie ma, albo jest w tej chwili zajęta i nie może odebrać telefonu. Zamiast rozmowy mamy tylko i wyłącznie stratę czasu. Komunikacja asynchroniczna, taka jak e-mail, nie traci czasu ani nadawcy, ani odbiorcy - każda ze stron pisze/czyta pocztę w dogodnym dla siebie, z punktu widzenia swoich zajęć, momencie. Wiem to nie tylko ze swojego doświadczenia; najbardziej przekonujący jest dla mnie przykład ś.p. Marka Cara, jednego z pionierów Internetu w Polsce. Opowiadał mi on kiedyś, jak organizatorzy pierwszej w Polsce konferencji poświęconej Internetowi próbowali go na tę konferencję zaprosić. Wprawdzie konferencja dotyczyła Internetu, ale organizatorzy jeszcze niezbyt ufali temu nowemu w Polsce środkowi komunikacji, próbowali więc skontaktować się telefonicznie. Dzwonili do Marka Cara przez trzy dni, bezskutecznie próbując go "złapać". W końcu zdesperowani wysłali jednak e-maila. Odpowiedź nadeszła po trzech godzinach. Chyba nie potrzeba już tu żadnego komentarza...

Inna przewaga e-maila nad telefonem dotyczy pisemnej i ustnej formy wypowiedzi. Komunikacja pisemna w przeciwieństwie do ustnej pozostawia ślad. Osobie, która otrzymała e-mailem np. jakąś wiadomość, znacznie trudniej jest potem wyprzeć się - a niestety w praktyce różnych instytucji takie wypieranie się jest bardzo częste - że "nikt jej o tym nie poinformował". Nawet jeżeli adresat skasuje przesyłkę ze swojego komputera, jej kopią z reguły dysponuje nadawca, a samego faktu przesłania listu dowodzą logi serwera pocztowego. Rozmów telefonicznych zaś z reguły nikt nie nagrywa.

Wypowiedź pisemna pozwala również lepiej zebrać myśli i przedstawić zagadnienie w sposób precyzyjniejszy i bardziej kompletny, niż jest to możliwe w bezpośredniej rozmowie, gdzie rozmówca wciąż wpada nam w słowo i sprowadza nasze rozumowanie na inne tory. Z pisemnych polemik - np. w gazetach - we wszelkiego rodzaju kwestiach fachowych można zazwyczaj wyciągnąć szereg interesujących wniosków, z ustnych sporów - z reguły tylko wrażenie chaosu.

W swojej wypowiedzi prof. Bralczyk odnosi się również do faktu, jakoby ostatnio "coraz częściej" w e-mailach nie używano polskich znaków. Zresztą analogiczną wypowiedź znalazłem kilka dni wcześniej w "Angorze", w artykule na temat ogólnopolskiego dyktanda, gdzie jury - z prof. Walerym Pisarkiem na czele - "wyrażało zaniepokojenie" tym faktem. Pozwolę sobie się nie zgodzić. E-maile bez polskich znaków piszą z reguły "weterani": ci, którzy byli w Internecie od początku i od lat przyzwyczaili się do takiego pisania, bo w początkach Internetu nie było technicznej możliwości używania żadnych znaków spoza 7-bitowego ASCII. Sam w codziennej komunikacji tak piszę, bo jest to już mocno utrwalony nawyk - tak mi jest łatwiej i szybciej (co innego, gdy zastanawiam się nad tekstem i wielokrotnie go redaguję, tak jak tutaj; wtedy starannie wstawiam wszystkie "ogonki"). Ale tak piszą - powtarzam - prawie wyłącznie "dinozaury" Internetu. Mniej więcej od roku 1996 pojawiło się oprogramowanie pozwalające na używanie w e-mailu polskich liter (pisałem zresztą o tym wówczas artykuł) i w ciągu następnych kilku lat używanie "ogonków" stało się powszechne. Prawie wszyscy spośród "nowych" użytkowników Internetu (dla mnie "nowi" są wszyscy ci, którzy swoją przygodę z Internetem zaczynali w roku 2000 i później ;-) - takich jest obecnie zdecydowana większość) nie znają już innego oprogramowania niż takie, które pozwala na używanie polskich liter, w związku z tym używają ich w sposób naturalny. Liczba e-maili bez polskich znaków nie rośnie, lecz maleje - ponieważ nowicjuszy przybywa, a "dinozaurów" nie, więc względna liczba maili pisanych przez tych ostatnich się zmniejsza. W mailach, które dostaję - a dostaję ich niemało - listy od "internetowych nowicjuszy" zawsze mają polskie znaki. Przesyłki od "dinozaurów" często ich nie miewają. Może zatem to, że językoznawcy zaczęli teraz takich właśnie listów otrzymywać więcej, wynika z faktu, że dopiero teraz ich sieciowe drogi zaczęły się przecinać z drogami internetowych weteranów?

komentarze (2) >>>