Najnowsze wpisy ⇓   Film   Fantastyka   Moja pisanina   Galeria zdjęć   Wolna kultura

Podobno jedną z cech różniących ludzi od zwierząt jest potrzeba twórczości. Chcemy tworzyć, chcemy podziwiać to, co stworzyli inni, i chcemy naszymi wrażeniami związanymi tak z własną, jak i cudzą twórczością dzielić się z innymi. Przynajmniej dla mnie zawsze ta sfera życia miała znaczenie szczególne. Jest ona zarazem czymś tak podstawowym dla życia, jak oddychanie, więc śmieszy i razi traktowanie jej w nabożny sposób i stawianie na piedestał, jak to robi (na szczęście coraz rzadziej) wielu tzw. "intelektualistów" (brrr... jak ja nie lubię tego słowa...). Z drugiej jednak strony emocje, jakich potrafi dostarczyć nam kontakt z dziełem wybitnym, są - przynajmniej dla mnie - niemożliwe do zastąpienia niczym innym...

Moja uwaga zwraca się wciąż ku temu, co ktoś na takim czy innym publicznym forum, za pomocą takich czy innych środków powiedział, napisał, narysował czy w inny sposób wyraził. Przyswajam to, wchłaniam, przetwarzam w swojej głowie... i sam produkuję publiczne wypowiedzi dla użytku innych (chociażby to wszystko, co zawarte jest na tej stronie). Tym przez większość czasu zajmuje się mój mózg ;-). Choć za czasów mojego dzieciństwa o "erze informacji" czy "społeczeństwie informacyjnym" nikt nie tylko nie mówił, ale nawet nie myślał, wygląda na to, że wyrastałem jako stuprocentowe dziecko takiej ery. Tyle, że skupiałem się na samej treści, a nie na jej opakowaniu i informacyjnych gadżetach (bo wtedy ich nie było) - i tak mi już zostało... :-)

Niestety, przy moim zabieganiu wciąż umyka mi wiele wystaw, koncertów, spektakli, o których wiadomości skądś docierają do moich uszu i chciałbym je obejrzeć, brak mi jednak na to czasu lub siły... :-( Stąd też pozostaje mi głównie to, do czego mogę mieć dostęp w dogodnym dla siebie czasie i miejscu: muzyka (której poświęcona jest osobna strona), filmy, książki i różne - czasem trudno klasyfikowalne - produkcje, które można znaleźć w Internecie. Tak więc na tej stronie znajdą się głównie refleksje ich dotyczące.

 
Film

To dziwne, że w przeciwieństwie do muzyki film jest zazwyczaj "towarem jednorazowego użytku". Do dobrej płyty można wracać wielokrotnie, i nawet po setnym przesłuchaniu się nie znudzi; jednorazowe obejrzenie nawet dobrego filmu z reguły nam wystarcza i nie czujemy potrzeby powrotu do niego. Może wynika to z tego, że większość filmów to tak naprawdę - jak to sobie kiedyś nazwałem - literatura z ruchomymi ilustracjami. Treści, które twórca filmu chce przekazać, przekazuje zazwyczaj poprzez fabułę i dialogi, czyli środki typowo literackie, i to w arsenale literatury najprostsze. Po środki - moim zdaniem - typowo filmowe, czyli polegające na wypowiadaniu się bezpośrednio poprzez obraz, a nie towarzyszący obrazowi tekst, mało który reżyser odważa się i potrafi sięgać.

Dlatego filmy, do których można bez znużenia wracać wielokrotnie, to dla mnie takie filmy, które są faktycznie filmami, a nie ową "obrazkową literaturą". Gdzie więcej widać niż słychać, i gdzie - niczym w muzyce - więcej się czuje niż werbalnie tłumaczy.

Jest ich na tyle niewiele, że o ile w przypadku muzyki byłoby to całkowicie niemożliwe, tutaj można pokusić się o sporządzenie pewnej listy "top-ileś tam" ;-). Oczywiście - o czym już pisałem na stronie o muzyce - filmem nad filmami, absolutnie bezkonkurencyjnym, jest dla mnie "The Wall", ale na tamtej stronie jest tyle linków związanych ze "Ścianą", że tutaj już ją pominę... :-). Przez wiele lat nie spotkałem się z żadnym filmem, który można byłoby z nim porównać, dopiero niedawno obejrzałem i zachwyciłem się "Łukiem" Kim Ki-duka, który to film gorąco wszystkim polecam.

Bardzo wysokie na tej liście zajmuje "bezsłowna" trylogia Godfreya Reggio - "Koyaanisqatsi", "Powaqqatsi" i "Naqoyqatsi". Zwłaszcza pierwsza część, bo pozostałe dwie wydają się już dorobione nieco na siłę, z rozpędu po pierwszej. Jeżeli nie znasz tych filmów, to trochę na ich temat możesz dowiedzieć się na (częściowo nieaktualnej) oficjalnej stronie projektu, chociaż oczywiście nic nie zastąpi ich obejrzenia...

Nie da się jednak powtórzyć "Koyaanisqatsi" setek razy. Chcemy czy nie, jesteśmy związani z opowieściami, które mają fabułę (przecież nawet "Ściana" ją ma!). I tu najwspanialsze są te historie (dotyczy to tak filmów, jak i książek), które mają w sobie Tajemnicę. Nie taką "codzienną", małą tajemnicę - taką jak "kto zabił?" ;-) - tylko Tajemnicę przez duże T, niezrozumiałą, nieodgadnioną, ocierającą się o mistycyzm (choć z drugiej strony przewrotnie nieraz czuje się niedosyt, jeżeli w finale filmu nie wyjaśni się "łopatologicznie" wszystko do końca). Takie filmy pełne tajemnicy to np. "Piknik pod Wiszącą Skałą" Petera Weira, "Spirited Away" Hayao Miyazakiego (przy okazji film przepiękny wizualnie), "Niebo nad Berlinem" Wima Wendersa, wiele spośród filmów Davida Lyncha, "Ty i ja i wszyscy których znamy" Mirandy July, inny film wspomnianego już Kim Ki-duka - "Pusty dom", "Podwójne życie Weroniki" Krzysztofa Kieślowskiego czy "Historie miłosne" Jerzego Stuhra. Swoistą odrębną podkategorię wśród tego rodzaju filmów, opowiadaną pół żartem, pół serio, stworzyło kino czeskie - choćby mające już grono swoich wiernych zwolenników "odjechane" filmy Petra Zelenki, czy "Restart" Juliusa Sevcika. Mogłoby się tu znaleźć jeszcze kilka tytułów, ale chyba te wymienione już pozwalają się zorientować (jeżeli je znasz), czym jest to "coś" które je wszystkie łączy... (a jeżeli nie znasz, gorąco zachęcam do obejrzenia!)

Czasami nie tajemnica, lecz po prostu niezwykły urok i piękno filmu sprawiają, że można się w nim zakochać. Taka jest nieśmiertelna, znana chyba już wszystkim "Amelia" Jean-Pierre Jeuneta, jeden z najcudowniejszych filmów jaki znam. Nie tak dawno odkryłem jednak poniekąd drugą, dojrzalszą "Amelię" (zarówno w sensie bohaterki, jak i opowiadanej historii) - film "Czekolada" Lasse Halströma. Wspaniały film na poprawę nastroju, gdy zaczynasz powątpiewać w to, że - jak głosi "Dezyderata" - "Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami wciąż jest to piękny świat"... :-) Jeżeli nie widziałeś/aś, gorąco polecam!
Ten sam urok i ciepłą atmosferę ma film o wiele mniej znany, lecz darzony przeze mnie szczególnym sentymentem, bo bardzo krakowski, pełen specyficznych dla tego miasta motywów, kontekstów i postaci - "Anioł w Krakowie". Powstała również jego druga część - Zakochany Anioł, ale to już zdecydowanie nie ten nastrój i atmosfera; to po prostu "zwykła" komedia romantyczna...
W tej grupie filmów mieści się chyba też najlepiej Żółta łódź podwodna, którą koniecznie gdzieś uwzględnić trzeba... :-)

Wreszcie czasem ktoś po prostu opowie na tyle niezwykłą historię na tyle przekonująco i wymownie, że nic więcej nie trzeba... I tak powstaje "Cały ten zgiełk", "Truman Show", "Stowarzyszenie umarłych poetów" albo niezapomniana polska "Ćma"... Swoiste miejsce ma tutaj najdłuższy film świata, a zarazem chyba jedyne naprawdę udane połączenie komedii z horrorem :-), czyli "Królestwo" Larsa von Triera.
Świetnie bronią się też dobre filmy dokumentalne, przy czym "dobre" znaczy tu raczej emocjonalnie zaangażowane w obronę pewnej tezy niż usiłujące pokazywać rzeczywistość z chłodnym obiektywizmem. Przy tym teza ta powinna być obdarzona pewnym walorem ponadczasowości, dzięki któremu będzie miała rację bytu także i za lat kilka czy kilkanaście, gdy np. o bieżących wydarzeniach politycznych już się zapomni. Dlatego o ile np. "Fahrenheit 9/11" Michaela Moore'a jako odwołujący się bezpośrednio do wydarzeń z 11 września 2001 jest już dziś trochę nieaktualny, to tego samego reżysera "Zabawy z bronią" wciąż warto obejrzeć... Podobnie udanymi "dokumentami z tezą" są np. słynny "Super Size Me" Morgana Spurlocka, "Czeski sen" Vita Klusaka i Filipa Remundy (niesamowita historia; to mogło się chyba zdarzyć tylko w Czechach - w innym kraju tłum albo zlinczowałby organizatorów przedsięwzięcia na miejscu, albo zadręczył ich na śmierć procesami sądowymi) czy "Jak to się robi" Marcela Łozińskiego

Wymienione filmy to te nieliczne, do których mam ochotę - tak jak do muzyki - wracać wielokrotnie. Jest wiele innych filmów dobrych, czy nawet bardzo dobrych, ale niestety wciąż ciąży nad nimi owa "jednorazowość"... Są jednak pewne gatunki filmowe, które zdecydowanie są moimi antyfaworytami, i filmy z tego gatunku raczej nigdy mnie nie zachwycą. Nie lubię filmów wojennych, historycznych, tzw. "kina familijnego", telenowel, "ciężkich" dramatów psychologicznych dokonujących niekończącej się werbalnej wiwisekcji psychiki bohaterów, z której nic nie wynika, melodramatów, komedii romantycznych i innych głupich komedii (trudno pokrótce określić, które komedie są głupie, a które nie - spojrzyj jednak na stronę mówiącą o tym, co mnie śmieszy w Internecie; kryteria są podobne) oraz części "filmów akcji" - tych, których jedyną treścią jest eksponowanie obrazów przemocy i śmierci. Może się to wydać w tym kontekście dziwne, ale chętnie oglądam filmy kung-fu, to raczej jednak z nieco innego powodu (szczególnie lubię takie filmy, w których przeciwników kopią ładne kobiety ;-)). Warto jednakże zauważyć, że w typowych filmach z gatunku wuxia przemoc jest wysoce umowna - bohaterowie zadają sobie setki morderczych ciosów, po których podnoszą się i walczą dalej jak gdyby nigdy nic. Nie mamy tu (z reguły) naturalistycznie pokazanego łamania kończyn, rozbijania głów czy dziurawienia ciała mieczem albo inną bronią. Taka obowiązuje w tym gatunku konwencja i to ona w dużym stopniu czyni go widowiskowo atrakcyjnym.

 
Poza wybranymi interesującymi mnie filmami, praktycznie w ogóle już od dawna nie oglądam telewizji. A już zupełnie nie oglądam seriali. Jest jednak jeden wyjątek (był też i drugi, o czym więcej tutaj). Kiedy bodajże w 2005 roku TVP rozpoczynała nadawanie serialu "Zagubieni", prasa bardzo wiele uwagi poświęciła temu serialowi "innemu niż wszystkie" (wcześniejsza emisja w znacznie mniej popularnej stacji AXN przeszła bez takiego echa). Szczególnie zaintrygowało mnie zdanie w jednym z artykułów, mówiące o tym, iż serial trzeba oglądać z dużą uwagą, a najlepiej nagrywać, gdyż może się okazać, że w dziesiątym czy piętnastym odcinku ważną rolę odegra jakiś detal pokazany przez moment w pierwszym... Pomyślałem, że to chyba coś dla mnie... Jednak moje "tradycyjne" zabieganie nie pozwoliło mi na regularne zasiadanie co tydzień przed telewizorem :-(. I tak oto "Zagubieni" byliby zapewne przeszli mi koło nosa, gdyby nie to, że pod wpływem jakichś rozmów, zasłyszanych tu i ówdzie zdań, postanowiłem jednak nadrobić zaległości... Wciągnęło. Nagranie wszystkich odcinków pierwszej serii obejrzałem w ciągu kilku dni. I nie mogłem się doczekać dalszego ciągu... Miałem wielką złość na szefów telewizji ABC, gdy zdecydowano, że zapowiadane dwie serie (po 24 odcinki każda), które miały nas dzielić od zakończenia serialu, zdecydowano ze względów marketingowych rozbić na 3 serie (po 16 odcinków). Tyle lat miałem czekać, zanim będę mógł zobaczyć, jak to się kończy? A teraz już się skończyło i jestem zły na to, jak się skończyło - zakończenie nie wyjaśnia właściwie niczego z fascynujących zagadek serialu (więcej możesz przeczytać tutaj).

Pomimo wszystko jednak "Zagubieni" stali się dla współczesnych odbiorców chyba czymś podobnym, czym był "Star Trek" dla widowni z lat 60. i 70. (przypuszczam teoretycznie, bo z fenomenem popularności "Star Treka" nigdy nie zetknąłem się osobiście, ba, nie widziałem nawet ani jednego odcinka tego serialu). Ponieważ jednak mamy obecnie czasy Internetu, ogromna rzesza fanów okazuje swoją fascynację serialem właśnie w sieci, tworząc wielką ilość nie tylko "poważnych" stron poświęconych serialowi (z niedoścignioną Lostpedią na czele), ale też mnóstwo parodii, przeróbek czy też po prostu zwykłych montaży scen z serialu, umieszczanych potem zazwyczaj na YouTube. Kilka najdowcipniejszych fanowskich produkcji inspirowanych "Zagubionymi" zebrałem tutaj.

 
Fantastyka

Dlaczego uznawana przez niektórych za podrzędną rozrywkę fantastyka, a nie literatura "tradycyjna" (czyli - jak ją się nazywa w opozycji do fantastyki - "głównego nurtu"? Na przełomie lat 70. i 80., gdy zacząłem czytać literaturę fantastyczną, był to jedyny rodzaj literatury, który wydawał mi się nietrywialny. Literatura "głównego nurtu" miała do zaoferowania albo miałkie realistyczne historie, z których wynikały miałkie wnioski, albo psychologiczne wiwisekcje, o których pisałem już powyżej przy okazji filmów, albo wreszcie - zupełnie dla mnie bezsensowny - autotematyzm i formalne eksperymenty poszukujące granicy, poza którą literatura przestaje się nadawać do czegokolwiek. Na tym tle jakże błyszczała fantastyka, pytająca wprost o istotę człowieczeństwa (jak wiele dzieli człowieka od rozumnej maszyny? a od przedstawiciela obcej cywilizacji?), zadająca podstawowe pytania kosmologiczne (kiedy i jak powstał wszechświat? gdzie się kończy?), stawiająca wątpliwości natury religijnej... Problemów takiej rangi w literaturze "głównego nurtu" można byłoby ze świecą szukać, zresztą rezygnując z arsenału fantastycznego pisarze głównonurtowi chyba nie mają po prostu odpowiednich środków, by po takie pytania sięgnąć...

Jednym z ciekawszych - moim zdaniem - motywów literatury fantastycznej jest rewizja spojrzenia na historię, zwłaszcza w połączeniu z motywem koła, cyklu. Czy to możliwe, że sami stworzyliśmy (stworzymy w przyszłości) naszą historię, naszą cywilizację? Że istniejemy niejako "na kredyt", jako chwilowa (w skali kosmicznej) fluktuacja czasoprzestrzeni, i dopiero gdy wyślemy pod prąd czasu odpowiednio naładowaną cząstkę, spowodujemy w dalekiej przeszłości Wielki Wybuch i spłacimy tym samym nasz energetyczny dług? (w żartobliwy sposób przedstawia ten motyw "Podróż osiemnasta" z "Dzienników Gwiazdowych" Stanisława Lema) Czy też może cały kosmos funkcjonuje w nieustannym cyklu, w którym jedne cywilizacje dają początek drugim, te z kolei następnym, aż w końcu koło czasu się zamknie i któraś z kolejnych cywilizacji - prapotomków stworzy swoich praprzodków? ("Sukcesorzy" Jacka Sawaszkiewicza)

Rodzajem rewizji historii jest rewizja wierzeń i mitów religijnych. Fantastyka jest chyba w naturalny sposób predestynowana do tego, aby zmierzyć się z tematyką religijną. Czy cała opisana w Biblii historia stworzenia świata, potopu i wreszcie zbawienia ludzkości przez Jezusa to tylko efekty nieudanego eksperymentu kosmicznego naukowca? (Janusz A. Zajdel "Relacja z pierwszej ręki"; Konrad Fiałkowski "Adam, jeden z nas") A może opowieści, które znamy jako mitologię grecką, to tylko wykrzywiony obraz ekscesów nieodpowiedzialnej załogi statku kosmicznego obcej cywilizacji? (autora i tytułu tego opowiadania nie jestem w stanie sobie w tej chwili przypomnieć...) A jak wyglądałby świat, gdyby Jezus nie umarł na krzyżu? Czy byłby podobną do orwellowskiej antyutopią z ksiązki Johna Boyda "Ostatni statek z planety Ziemia", gdzie grupa skazanych przez totalitarny system renegatów jedyną możliwość naprawienia świata upatruje w wysłaniu w przeszłość emisariusza, który ma za zadanie doprowadzić do ukrzyżowania?

Inny motyw to motyw "przetrwalnika". W obliczu nadchodzącej katastrofy ktoś tworzy wynalazek umożliwiający osobie bądź grupie osób przetrwanie "w uśpieniu" wielu lat i powrót do życia w odległej przyszłości, w zupełnie innych realiach... Jak potoczy się jego/ich życie w świecie zupełnie odmiennym od tego, który znał/znali? Ten motyw odnajdziemy w "Cylindrze van Troffa" Janusza A. Zajdla, "Testamencie Overmana" Edmunda Coopera, a także poniekąd - choć tu "przetrwalnik" pojawia się niespodziewanie na samym końcu powieści - "Głowie Kasandry" Marka Baranieckiego.

A przecież to tylko kilka z setek motywów... Fantastyka ciągle potrafi czymś zaskoczyć, wymyślić coś, czego do tej pory jeszcze nie było, i chyba to w niej tak lubię...

 
Moja pisanina

Jak napisałem powyżej, odbiór kultury to jedna z "nóg" uczestnictwa w niej, druga to tworzenie. Obecnie moja działalność twórcza realizuje się przede wszystkim w postaci pisania programów oraz tekstów dziennikarskich, o czym opowiadam więcej na stronie Praca. Zanim jednak znalazłem sobie takie właśnie miejsce, pasjonowałem się fotografią. Były to czasy liceum, myślałem nawet wówczas o zostaniu w przyszłości artystą fotografikiem - wygrały komputery... Pozostało mi jednak z tamtych czasów sporo zdjęć (i jeszcze więcej nieobrobionych negatywów, które pewnie już nie doczekają się odbitek...), z których wiele uważam za naprawdę udane. Zapraszam do galerii, w której można je obejrzeć.

Pisałem również w tamtych czasach wiersze - jak chyba każdy za młodu. Tyle, że zazwyczaj młodzi chłopcy pisywali o swoich uczuciach do dziewczyn, a ja pisałem o ideach i wolności :-). Zamieszczam tu dwa wiersze, które myślę że całkiem nieźle przetrwały próbę czasu:

To zaś alternatywny tekst do niemieckiej piosenki "Ein bißchen Frieden", która wygrała festiwal Eurowizji w 1982 roku i była przez pewien czas na pierwszych miejscach list przebojów (miała także polską wersję, którą śpiewała Eleni). Oryginalny tekst piosenki był słodziutkim apelem o pokój na świecie, ze świecącym słońcem i chmurkami na niebie w roli głównej - pozwoliłem sobie zamienić to na tekst, moim zdaniem, bardziej adekwatny... Mój tekst ma o dwie zwrotki więcej niż oryginał, natomiast brak w nim śpiewanego na inną melodię zakończenia.

 
I w ten sposób dochodzimy do ostatniego aspektu uczestniczenia w kulturze - dzielenia się dziełami nie tylko swoimi, ale i innych. Stworzenie własnej pracy w nawiązaniu do czyjejś, przeróbka - choćby właśnie napisanie nowego tekstu do cudzej piosenki - jest typowym przykładem takiej działalności. Przez wieki to dzielenie się i "powtórne użycie" dóbr kultury było jedną z jej najistotniejszych sił napędowych. W naszych czasach nad tym rodzajem aktywności kulturalnej zawisły czarne chmury, którym na imię "własność intelektualna" i "prawa autorskie". Obszerniej tym tematem zajmuję się na stronie o wolnej kulturze.

komentarze (1) >>>

MA

2016-05-09

"MA" to najdziwniejszy film, jaki widziałem w życiu. Nie jestem w stanie powiedzieć, o czym on jest, a na dobrą sprawę nie jestem w stanie go nawet opowiedzieć, ponieważ dzieje się w nim tyle i tak dz ...

czytaj więcej >>>

To będzie piękne

2016-03-03

Ze zwiastuna, który pojawił się niedawno w Internecie, dowiedziałem się o będącym już od kilku lat w produkcji filmie "Loving Vincent" (polski tytuł "Twój Vincent"), będącym pierwszym na świecie filme ...

czytaj więcej >>>

Perełka

2016-03-01

Zupełnie przypadkiem trafiłem na najnowszy film Tomasza Bagińskiego - uwspółcześnioną interpretację legendy o Panu Twardowskim. I muszę przyznać, że się zachwyciłem - świetny klimat, znakomicie użyta ...

czytaj więcej >>>